sobota, 7 września 2013 | By: Harashiken

Polcon 2013

Kolejny konwent, kolejne doświadczenia i kolejne porażki organizatorów Polconu. Do trzech razy sztuka, jeśli i ten w Bielsku-Białej zaliczy fail uznam, iż nad Polconem ciąży jakaś klątwa. We Wrocławiu można było ponarzekać na przepełnione sale, ciasne korytarze, ogólny brak przestrzeni, zamieszania z rozdawaniem przez autorów autografów (brak wyznaczonych miejsc i dyżurów), zamieszanie z odwoływaniem czy zamianą terminów paneli itp. Niemniej jednak wyniesione wrażenia były jak najbardziej pozytywne, a wpadki do przełknięcia. Polcon 2013 w stolicy naszego kraju Warszawie zaczął się od epickiego faila, który mnie osobiście odebrał siły i chęci.

Polconowe gadżety.
Organizatorzy popisali się niezwykłą błyskotliwością i pomysłowością, nie mam pojęcia czy była to chęć odróżnienia warszawskiej edycji Polconu od innych Polconów i innych konwentów czy po prostu bezmyślność, głupota i kompletny brak wyobraźni pomysłodawcy rozwiązania, o którym zaraz powiem. Otóż jak na każdym konwencie istnieje możliwość kupna akredytacji osobiście na miejscu, ale także druga korzystniejsza opcja, rejestracji na stronie, podania danych, które i tak należy podać przy akredytacji i dokonania wpłaty za pośrednictwem przelewu. Jeśli jesteśmy pewni, że na konwent się wybierzemy opcja nr 2 jest najkorzystniejsza, przyśpiesza akredytację, rozładowuje kolejki i uprzyjemnia życie konwentowiczom i obsłudze. W końcu wszystko sprowadza się jedynie do wylegitymowania konwentowicza, potwierdzenia danych z bazy zarejestrowanych, założenia opaski i wydania wszystkich konwentowych gadżetów. Tak przynajmniej powinno być z założenia. W praktyce na tegorocznym Polconie szybciej posuwała się kolejka po akredytację dla ludzi, którzy się nie rejestrowali. Dlaczego? Otóż ktoś jak już wcześniej wspomniałem inteligentny i błyskotliwy wpadł na pomysł by akredytacje były... imienne!! Na każdej zarejestrowanej akredytacji widnieje wielkie imię i nazwisko uczestnika, a pod nim drobnym druczkiem podany nick. Drodzy organizatorzy, gdybym chciał się legitymować na konwencie moimi danymi personalnymi przykleiłbym sobie na czole dowód osobisty. Szkoda, że nie dodali jeszcze adresu zamieszkania i numeru kontaktowego (np. na wypadek zgubienia akredytki, ot taki ukłon w stronę konwentowicza można by przecież zrobić nie?).

Rozpoczęcie akredytacji o godzinie 12, pierwsze prelekcje o 16, na miejscu byliśmy już koło 11 ale przyszło nam jeszcze czekać na znajomą. Ostatecznie o 12 byliśmy przy akredytacji. Cztery godziny to wystarczająco dużo czasu by zdobyć akredytację, pojechać rozłożyć rzeczy w szkole, wrócić, zjeść coś i zdążyć na pierwsze panele. No chyba, że stoi się po akredytację 5 godzin i to tylko dzięki kilku szczęśliwym zbiegom okoliczności. Ci którzy mieli mniej szczęścia stracili cały pierwszy dzień konwentu, nam udało się załapać na dwie prelekcje. Jak już mówiłem dzięki odrobinie szczęścia udało się wszystko trochę przyśpieszyć. Wpierw wciśnięcie się w kolejkę kilka metrów od wejścia do głównego budynku dzięki uprzejmości znajomych (dzięki Sylwia i Mateusz, jesteście najlepsi!), potem ponad godzina stania w jednym miejscu, ani kroku do przodu i wspaniała wiadomość, o tak, pierwsze pół godziny to poślizg, a kolejne pół to oczekanie na przywiezienie akredytacji z drukarni (czy skądinąd). Niemniej nie oznaczało to, że coś się ruszyło, kolejka, tłok, zupełny brak informacji o tym, że istnieją dwie kolejki (jedna dla zarejestrowanych, druga dla niezarejestrowanych), gżdacze nie potrafiący zapanować nad chaosem, organizatorzy, którzy nie wiedzą co się dzieje i średnio jedna akredytacja na pół godziny. Po prostu cudo, takie rzeczy tylko w Polsce! Ostatecznie kiedy udało nam się dostać do środka budynku w okolicę stanowisk akredytacyjnych, akredytacje zostały wyniesione na zewnątrz (nie pytajcie czemu, nawet orgowie nie wiedzieli, że zostały i kto z tym pomysłem wyszedł). Więc na zewnątrz po plakietki akredytacyjne, szukać w tym chaosie gżdacza, który ma pudło z akredytkami na literę Twojego nazwiska, potem powrót po resztę rzeczy, reklamówkę z informatorem, smyczkę, plastik do akredytki i całą resztę, tym razem już priorytetowo bez kolejki czyli w kolejce kilkuset osób równie priorytetowych jak Ty. Gdyby nie to, że jedna osoba od nas poszła zgłosić i wyjaśnić to zamieszanie do orgów i została zapamiętana (co poskutkowało wydębieniem dla nas ww. itemów bez kolejki) stalibyśmy tam jeszcze pewnie z 3-4h. Na koniec okazało się jeszcze, że ze środka gdzie staliśmy na samym początku, trzeba było zabrać rozpiskę paneli bo tego nie dołączono do reklamówek!!

Potem szkoła, podróż do szkoły i kolejne trudności tym razem już łatwiejsze do przełknięcia. Szkoła na pierwszy rzut oka pilnowana przez ludzi nie wiem skąd, gżdaczy może z dwóch tam w dzień widziałem, w dodatku udostępniona tylko jej niewielka część, sala gimnastyczna otwarta od 22 bo jakiś trening trwa, a korytarze w dzień muszą być puste, więc rzeczy trzeba zwijać i oddawać do depozytu. Dodam tylko, że negocjowano to przez pół roku i dopiero kilka dni przed rozpoczęciem konwentu pojawiły się informacje o szkole. Natomiast 2 dnia konwentu pojawiły się informacje o nowej drugiej szkole, rychło w czas drodzy organizatorzy, tylko komu będzie się chciało jej szukać i przenosić i tak już wiele osób straciło jeden dzień konwentu.

Jeśli chodzi o wpadki, należy jeszcze wspomnieć o mętnym planie. W budynku japońskim były sale, w których odbywały się zarówno panele dyskusyjne jak i konkursy, a plan nie pomagał w ich rozróżnieniu. Niektóre sale nie były uwzględnione na rozpisce, albo były inaczej podpisane. Bywały zamieszania z salami, przenosiny do większych, braki w informacjach o odwołaniu panelu czy zamianie z innym. Nie ma się jednak co dziwić, że sprawy informacyjne i organizacyjne leżą skoro Warszawa nie przyłożyła się do należytego traktowania gżdaczy, a co za tym idzie chętnych zapewne było mniej. To że przyjeżdżasz pomóc, tracisz prelekcje, użerasz się z tym chaosem, tracisz nerwy i zdrowie, to nie wystarczy byś mógł wejść za darmo, albo chociaż za połowę ceny. Każdy gżdacz czy prowadzący panel płacił pełną kwotę akredytacji (z możliwością zniżki grupowej, tak jak i zwykli konwentowicze, którzy rejestrowali się grupowo), w zamian za swoją pracę prowadzący otrzymywali konwentową walutę (o istnieniu której dowiedzieliśmy się dopiero 2-3 dnia konwentu), a gżdacze koszulki, upominki, zaświadczenie o odbyciu wolontariatu i zapewnienie wyżywienia na czas gżdaczowania. Nie mam porównania do innych konwentów, nigdy nie zaglądałem za kulisy, ale wydaje mi się, że takie rzeczy są normą, absolutną podstawą jaką otrzymują ci, którzy przyczyniają się do tworzenia konwentu, a należałoby się im coś więcej. Wiem tylko, że na Pyrkonie przewidziane są zniżki, a nawet darmowe wejścia zarówno dla prelegentów jak i gżdaczy, w zależności od ich wkładu w konwent, a koszulki czy opieka są oczywistą oczywistością.

No ale do rzeczy, ponarzekałem, ponarzekałem, ale wypadałoby teraz napisać coś konkretnego. Jeśli chodzi o prelekcje i panele to uczęszczałem głównie na te spod znaku mangi, anime i Japonii, z fantastycznych i mniej lub bardziej fantastycznych była to prelekcja o szalonych naukowcach prowadzona przez Krzysztofa Piskorskiego, w ramach spotkań z autorami odwiedziłem pogadanki z Jakubem Ćwiekiem i Magdaleną Kozak. Nic lepszego nie było wtedy do roboty, więc towarzyszyłem komuś komu zależało na tych spotkaniach, natomiast w czasie tych na których mnie zależało było coś bardziej interesującego. Poza tym Wegner jeszcze nie raz zagości na konwentach i będzie okazja go posłuchać, natomiast Kosik cóż, może i błędnie ale założyłem, że znów 3/4 pogadanki będzie o jego młodzieżowych dziełach i planach kolejnych młodzieżowych dzieł niż dojrzałej fantastyce więc odpuściłem na rzecz innych prelekcji.

Udało się zdobyć zamierzone podpisy czyli Robert M. Wegner, Rafał Kosik (nareszcie! po nieudanym polowaniu na tegorocznym Pyrkonie), Tomasz Kołodziejczak i oczywiście najważniejszy Lavie Tidhar. Choć tłumów nie było to blisko było by ominęła mnie ta przyjemność. Dzień wcześniej przed spotkaniem autorskim udało mi się ledwo wyrwać dwa ostatnie egzemplarze "Osamy", najwidoczniej rozeszły się jak świeże bułeczki, albo po prostu było ich mało. Natomiast zawiodłem się w sprawie spotkania autorskiego z Kołodziejczakiem. Otóż pech jak widać nie opuścił tego konwentu po pierwszym dniu, bowiem ilustrator Tomasza Przemysław Truściński, który miał do każdego autografu na "Czerwonej mgle" dodać od siebie rysunek nie mógł przybyć w wyznaczonym terminie. Spotkać go można było dopiero dzień później tj. w sobotę, ale niestety utknąłem wtedy zupełnie gdzieś indziej i wyleciało mi to z głowy. Cóż może uda się to kiedyś nadrobić. Wspomnieć należy też o miejscu na dyżury autografowe. Było to małe pomieszczenie z kilkunastoma miejscami siedzącymi, będące klubem studenckim PW i raczej niezbyt nadające się na rozdawanie autografów.  Przy naszym zagranicznym gościu było dość pusto i nie było problemu, zaś na dyżurze Kołodziejczaka i Wegnera zaczęły się ustawiać kolejki. Ja jednak miałem to szczęście, że uwinąłem się szybko więc nie wiem jak sprawa wyglądała później.











Kwestia stoisk wyglądała jak na zeszłorocznym Polconie, przewaga gier planszowych, rpg, bitewniaków i akcesoriów do nich, kilka stoisk z książkami z których królowało w centrum wydawnictwo Solaris i trochę przypinek, na które ja zwykle na konwentach poluję. Jednym słowem nie umywa się to nawet do tego co można zobaczyć na Pyrkonie, nie narzekam jednak bo oto efekty mojego polowania: 


Efekt zniżek na solariosowym stoisku.
Na plus należy zaliczyć atmosferę, pomimo wpadek nastrój i tak był radosny, a ludzie pozytywnie nastawieni. Dochodzę jednak do wniosku, że jeśli człowiek wybiera się na Pyrkon może w ciemno stawiać na rewelacyjne panele i świetną zabawę, w przypadku zaś Polconu w pierwszej kolejności trzeba brać pod uwagę możliwość spotkania z ludźmi, z grupą znajomych, cieszyć się wspólnie spędzonym czasem, korzystać z możliwości poznania nowych ludzi itp, zaś panele i prelekcje traktować jako dodatek do tego wszystkiego. W ten sposób na pewno człowiek się nie zawiedzie. 

5 komentarze:

Rafał Szwajkowski pisze...

Ooooo, czego ja się dowiaduję? Polcon 2014 w Bielsku? U mnie? Aaaaaaaw, jak supcio! :3

Co do tegorocznego Polconu - chyba wiele nie straciłem, aczkolwiek z chęcią bym się tam wybrał, ale niestety z różnych przyczyn nie było mi to dane. :/

Pozdrawiam,
R

Shadow pisze...

Bez przesady, ja od dawna nie kupuję akredytacji z wyprzedzeniem, bo i tak się w godzinach szczytu czeka tyle samo, co bez. Albo i dłużej. Orgowie Polconu w Wawie nawalili, ale błąd leżał gdzie indziej.

Zirael pisze...

Też byłam zarówno na Pyrkonie jak i na tegorocznym Polconie i całkowicie zgadzam się z twoim porównaniem. Mimo wszystko było bardzo przyjemnie chociaż mniej ciekawych prelekcji no i ja przyjechałam w piątek więc na szczęście ominęły mnie problemy kolejkowe ;)

zorija pisze...

No coś takiego! Polcon u mnie w Bielsku! Ale fajnie!

Immora pisze...

Jakoś nie żałuję, że mnie nie było ;P

Prześlij komentarz

Ostatnio postanowiłem otworzyć komentarze dla wszystkich. W związku z tym przestroga - komentujących anonimowo proszę o podpisywanie się. Komentarz anonimowy + wątpliwa jego wartość = śmietnik to samo tyczy się podpisanych komentarzy anonimowych, które uznam za zwykły spam. Anonimów proszę również o stosowanie chociaż podstawowych zasad ortografii. Porządek musi być, dziękuję, dobranoc!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...