poniedziałek, 24 grudnia 2012 | By: Harashiken

Święta!

Wszystkim odwiedzającym, bloggerom, ksiażkoholikom, a także pozostałemu ludowi życzę zdrowych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia, a pod choinką wymarzonych prezentów. W Nowym Roku zaś więcej czasu na książki, więcej książkowych promocji i więcej genialnych tytułów na półkach. :)


piątek, 21 grudnia 2012 | By: Harashiken

Stosik #20 - wigilijnie

Ostatni stosik w tym roku i być może ostatni w ogóle, bowiem po apokalipsie może być ciężko o książki. A poza tym mam dobrą wiadomość, powziąłem mocne postanowienie nadrobienia przez święta zaległości, więc jeśli wszystko się powiedzie ogarnę wreszcie zaległe recenzje i wrócę do częstszych publikacji. A oto stosik:

Pionowo:
Serce Cienia - Tad Williams, w ramach skompletowania cyklu Marchia Cienia.
Pan Lodowego Ogrodu tom 4 - Jarosław Grzędowicz, nareszcie! Cóż można rzec więcej? Na półce pierwsze wydanie więc i takiż tom czwarty jednak drugie jest zbyt ciekawe by kiedyś się w nie nie zaopatrzyć. 
Eona - Alison Goodman, może będę tego żałował, ale pożyczonych książek czytać nie lubię, a dokończyć historię by wypadało.
Conan i skrwawiona korona - Robert E. Howard, w ramach kompletowania przygód Conana.

Poziomo:
Książę kupców - Raymond E. Feist, kolejny Feist do kolekcji, w dobrym stanie za jedyne 45zł. Jeszcze tylko dwa rzadkie tomy i będzie komplet :)
Strach mędrca tom 2 - Patrick Rothfuss, kompletowanie przygód Kvothe, choć kiedy się za nie zabiorę nie wiem, tom pierwszy nadal czeka na przeczytanie.
Mars, Vertical - Rafał Kosik, opowiadania nie wywarły na mnie dużego wrażenia jednak powieści jestem bardzo ciekaw.
Herosi - Cetnarowski, Ćwiek, Dębski, Janusz, Kosik, Małecki, Orbitowski, Paliński, Skalska, Szmidt, Wegner, w sumie to uwagę przykuła okładka :) Niemniej jednak motyw potężnych i niezwyciężonych bohaterów to coś co trafia w moje gusta, zatem liczę na coś dobrego.
Pustka: Czas - Peter F. Hamilton, no i na koniec kompletowanie nowego Hamiltona.
wtorek, 20 listopada 2012 | By: Harashiken

Stosik #19 - poimieninowy :)

Sesja zaliczona, warunku nie ma, więc kasa jest, a okazja była to i stosik być musi :) Tak więc wielki powrót, a przed końcem świata na pewno zagości jeszcze jeden. A oto nowe nabytki:

Od góry:
1) Czarny Horyzont - Tomasz Kołodziejczak, po bardzo pozytywnych doświadczeniach z dylogią Dominium Solarnego ciekawość skłania do sięgnięcia po inną książkę autora.
2) Głowobójcy - Tomasz Kołodziejczak, opowiadania ze świata Dominium Solarnego, a tego bym nie odpuścił.
3) Spadkobiercy ostrza - Adrian Tchaikovsky, kolejny tom Cieni Pojętnych do kolekcji :) Co prawda już dwa inne czekają na przeczytanie, ale co tam, trzeba być na bieżąco chociaż z zakupami.
4) Miasto szaleńców i świętych - Jeff VanderMeer, wreszcie się skusiłem, a planuję już od dawna, żeby móc na spokojnie sięgnąć po VanderMeer'a z UW.
5) Atlas chmur - David Mitchell, kompletowanie UW.
6) Córka żelaznego smoka. Smoki Babel - Michael Swanwick, j.w.
7) Okrutny wiatr - Glen Charles Cook, nowe zbiorcze wydanie kolejnego cyklu autora Czarnej Kompanii.
8) Przez ciemne zwierciadło - Philip K. Dick, również kompletowanie, a zaległości rosną.
czwartek, 25 października 2012 | By: Harashiken

Diuna - początek wielkiej przygody

Autor: Frank Herbert
Tytuł: Diuna
Cykl: Kroniki Diuny
Wydawnictwo: Rebis
Oprawa: twarda z obwolutą
Liczba stron: 670
Status: posiadam
Ocena: 6-/6

Prawdę mówiąc nie wiem co mam napisać, dlatego też nie będzie to pewnie standardowa opinia. Szczerze powiedziawszy Diuna mnie nie poruszyła, nie poruszyła emocjonalnie żeby nie było jakichś niedomówień. Zdecydowanie lepiej pod tym względem wypadł mój numer jeden w tym podgatunku czyli cykl Hyperiona. Mam pewną zapewne słuszną teorię dlaczego też tak się stało, ale nie jest to tematem tego wpisu. Na pewno jednak nie odmówię "Diunie" geniuszu i magicznego wręcz magnetyzmu.

Wojna o władzę, wpływy i bogactwo między zwaśnionymi rodami nie jest tym co w fantasy, a tym bardziej w sf mnie pociąga, a mimo to dzieło Herberta przyciąga do siebie, lektura nie nuży, wręcz zachęca do przewracania kolejnych kart i poznawania dalszych losów rodu Atrydów i to już od pierwszych stron.

Mamy, więc podupadły i zapomniany ród Atrydów, który nagle dostaje pod opiekę pustynną planetę Arrakis zwaną Diuną. Od lat rządzona ona była przez bogaty i potężny ród Harkonnenów tym bardziej, więc podejrzana wydaje się owa nagła decyzja Imperatora. Oczywista pułapka staje się dla młodego Paula Atrydy drogą do wielkości, władzy i zemsty za krzywdy wyrządzone jego rodowi.

Jedynym zarzutem jaki mogę mieć w stosunku do tego dzieła to pojawiające się od pewnego momentu skoki w fabule. Z początku, ba! przez znaczną część książki akcja jest spójna, a poczynania bohaterów opisane bardzo szczegółowo. Biorąc pod uwagę jak wszystko się rozwija, nie sposób przewidzieć, że ten rozdział historii Diuny, rozdział z udziałem Paula Muad'Diba dobiega końca wraz z końcem książki. Wydawać by się mogło, że wojna z Harkonenami jeśli nie na całe 6 to chociaż jeszcze na jeden dwa tomy zostanie rozciągnięta. Tymczasem w pewnym momencie wszystko wygląda tak jakby autor nagle uznał, że za bardzo się rozpisał i zaczął stawiać coraz większe kroki by nadrobić zaległości i dobrnąć jak najszybciej do końca. Zaczyna się przeskakiwanie z miejsca na miejsce najpierw poważny skok potem już mniejsze kilkutygodniowe zaledwie, w których to jednak wydarzenia gnają na łeb na szyje, a nam nie dane jest śledzić nie tylko szczegółów wojny, ale także wspaniałych umysłowych i taktycznych zdolności Paula, które były tak wyraźne na początku i stanowiły wielki atut książki. W błyskawicznym tempie wydarzenie goni wydarzenie i nim czytelnik się spostrzega wszystko zostaje rozegrane. Niektóre zaś wątki wymagałyby poświęcenia więcej czasu i uwagi jednak z racji wyczuwalnego pośpiechu zostały spłycone, a ich potencjał został zupełnie niewykorzystany.
poniedziałek, 24 września 2012 | By: Harashiken

Minirelacja + autograf

Łódzki Festiwal Fantastyki "Kapitularz 2012". Co prawda słyszałem o nim już wcześniej jednak jego tematyka nie była dla mnie zbyt przekonująca. Fantastyka w grach zarówno tych komputerowych jak i planszowych, karcianych, larpy, bitewniaki, filmy czyli ogólny miszmasz fantastyczny w którym literatura stanowi drobny ułamek to nie jest to co ciągnie mnie na konwenty. Zatem jak nie trudno się domyślić nie miałem zamiaru się tam wybierać, zwłaszcza że jego data to 21-23 września, a już 24 czaił się na mnie pierwszy egzamin poprawkowy ^^ Jak to jednak często w życiu bywa plany lubią się zmieniać, tak więc za sprawą odrobiny perswazji spędziłem tam calutką sobotę. 

Krótko o rzeczach organizacyjnych: konwent odbywał się w szkole w XXXII LO na drugim końcu miasta względem mojego terytorium. Akredytacja pełna to 30zł, sobotnia 20zł, piątkowa/niedzielna 10zł, nocleg na terenie konwentu darmowy, dla wymagających możliwość wynajęcia gdzieś niedaleko pokoi. Jedzenie w miejscowym sklepiku, dla "bardziej" wymagających możliwość zamówienia pizzy z rabatem, ew. McDonnald z 5-10 minut piechotą od terenu konwentu. Jednodniowcom nie przeznaczone było niestety nic poza wejściówkami na smyczach, ale już one same były dużo lepsze niż polconowe. Zresztą możecie sami zobaczyć i ocenić:


Tyle względem organizacji, co do punktów programu  niewiele mogę powiedzieć, bo i niewiele widziałem. Programu przeglądać wcześniej nie przeglądałem, pobieżny rzut okiem uświadczył mnie w przekonaniu, że raczej nic superinteresującego mnie nie spotka na prelekcjach, więc zaraz po otrzymaniu akredytacji zamelinowaliśmy się w najbliższej wolnej sali i poświęciliśmy dzień na gry... i to tylko dwie, strasznie to zżera czas. Na początku z braku Talismanu, w który się zagrywałem na Polconie wybraliśmy podobny Runebound, zdecydowanie bardziej dynamiczny niż ww. co pozwoliło nam z małym nagięciem zasad skończyć 2-osobową partię w 3-4h. Polecam, gra całkiem droga jak na biednego studenta wydającego setki na książki, ale jeśli dorwiecie na jakimś konwencie i zbierzecie grupę 3/3+ osób to okaże się to na pewno bardzo przyjemną rozrywką. Drugą grą, którą dane nam było poznać była polska karcianka utrzymana w słowiańskich klimatach, czyli całkiem niedawno wydana przez REBEL.pl Slavika. Zasady jeśli ktoś dobrze tłumaczy ogarnąć można w 5 minut, potem pozostaje czysta rozrywka. Gra przeznaczona jest dla 2 do 5 osób, przy ok 3 gra się ciekawie i spokojnie nadąża za wydarzeniami na stole, w przypadku jednak 5 osób tworzy się lekki chaos, trudno cokolwiek przewidzieć, gra się wydłuża i w sumie jest jeszcze ciekawiej! Po amatorskiej i dość długiej partyjce, niestety trzeba było grę oddać, zbierano wszystkie egzemplarze na nadchodzący konkurs. Jednak z braku lepszych pomysłów i za namową ludzi, którzy twierdzili, że na tego typu konkursach i tak połowa osób nie zna nawet zasad gry i idzie się tam dobrze bawić również tam zawitaliśmy. Eliminacje czyli 5 równoległych rozgrywek po 5 graczy trwały chyba około 3-4h głównie za sprawą mojej nieszczęsnej drużyny. Przez drobny przypadek i pechowe ułożenie kart nasza rozgrywka przeciągnęła się prawie do 20. Na szczęście jednak nie wygrałem i nie było musu zostania na finale, tak więc po 20 zebraliśmy się do domu. Slavike również polecam, proste zasady, świetne grafiki kart i dobra zabawa dla każdego.

Poniżej zaś tytułowy dodatek do relacji:
Autograf Ian'a R. MacLeod'a gościa  Bachanaliów Fantastycznych 2012 zdobyty dzięki życzliwości Immory 
środa, 19 września 2012 | By: Harashiken

Opowieści z meekhańskiego pogranicza


Autor: Robert M. Wegner
Tytuł: Północ-Południe, Wschód-Zachód
Cykl: Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Wydawnictwo: Powergraph
Oprawa: miękka ze skrzydałkami/twarda
Liczba stron: 1170
Status: posiadam
Ocena: 6/6


Po "Opowieści..." sięgnąłem już bardzo dawno, jednakże dopiero jakiś czas temu zebrałem się do napisania recenzji. Do rodzimej fantastyki nigdy przekonany nie byłem, toteż i do tej podchodziłem z dużym dystansem, zwłaszcza biorąc pod uwagę, iż początkowo opis przywodził mi na myśl "Grombelardzką Legendę" Kresa. Kres zaś choć dobry, jest niezwykle specyficzny i podobnego dzieła raczej bym nie przełknął. Ostatecznie do lektury przekonała mnie bardzo pozytywna recenzja Enedtil.

"Opowieści..." posiadają bardzo ciekawą formę bowiem oba tomy podzielone są na dwie części z czego każda składa się z 4 opowiadań. Nie jest to jednak w żadnym razie zbiór luźnych opowieści, a spójna historia, która dość powoli się splata.

Północ - Południe:
Na północy poznajemy cztery historie z życia Szóstej Kompanii Górskiej Straży pod dowództwem Kennetha-lyw-Darawyta. Przemierzamy wraz z nimi mroźne i nieprzyjazne góry, tropimy przestępców, zabezpieczamy szlaki, wysłuchujemy przy ognisku opowieści o dawnych bohaterach i odwiedzamy szlacheckie salony. Znana już wtedy Szósta Kompania podczas lektury zdobywa jeszcze większy rozgłos i sławę z powodu często kontrowersyjnych decyzji jej porucznika. Na północy również po raz pierwszy uchylają się drzwi, za którymi możemy dostrzec zalążek głębszej historii i zapowiedź nadchodzących burz. Opowieści o Górskiej Straży do tego stopnia potrafią wciągnąć, że kiedy przychodzi do rozstania się z chłopakami i udania na południe będziemy zapierać się rękoma i nogami by obrażeni na cały świat wyruszyć na pustynię gdzie...

... czeka na nas historia Yatecha, wojownika z plemienia Issaram. W tej części autor skupia się na pojedynczym bohaterze i jego odczuciach. Yatech bowiem zostaje uwięziony pomiędzy miłością do córki człowieka, do którego najął się na służbę, a prawami i zobowiązaniami wobec swego plemienia. Issaram to społeczność niezrównanych wojowników, którymi rządzą surowe prawa i obowiązki. Chyba jedyną tak bogatą i dokładnie zarysowaną społecznością z jaką do tej pory się spotkałem w literaturze fantasty byli Jordanowscy Aielowie. Skupiamy się tu na wewnętrznych odczuciach bohatera i jego dylematach moralnych, poznajemy historię i obyczaje jego plemienia i odkrywamy drogę człowieka, który chcąc być wierny swym rodakom i zasadom swej kultury zniszczył to co miało dla niego równie wielką wartość. Na południe natrafiamy też na kolejne poszlaki niepokojących i tajemniczych wydarzeń mających miejsce w Meekhanie, a kiedy wszystko nabiera tempa przychodzi pora by się rozstać.

Przywiązany do północy i przygód Górskiej Straży i rozgoryczony przymusem rozstania się z nimi, byłem początkowo negatywnie nastawiony do historii Yatecha. Ta jednak szybko porywa i zachwyca i to nawet bardziej niż opowieści z północy. Wegner swoim stylem potrafi porwać czytelnika już od pierwszych stron i trzyma do końca w mocnym uścisku. 

Wschód - Zachód:
Spragniony kolejnych wieści o poznanych bohaterach szybko sięgnąłem po kolejny tom. Zarówno Yatech jak i Kenneth wraz z towarzyszami zmuszeni byli opuścić swe rodzime ziemie. Spodziewałem się więc, że Wegner będzie kontynuował rozpoczęte wątki i poznam tutaj dalsze losy starych znajomych. Jednakże tu czeka na czytelnika mały zawód. Zarówno nasz niezrównany wojownik jak i czerwone szóstki pojawiają się w tym tomie jednak w zupełnie innych okolicznościach niżbyśmy to sobie wyobrażali. Zarówno na wschodzie jak i na zachodzie czekają na nas nowi bohaterowie i nowe przygody. 

Na wschodzie przyjdzie nam śledzić losy czardana dowodzonego przez genialnego generała Laskolnyka, który pod swoje skrzydła przyjmuje ludzi niezwykłych i którego imię znane jest od drobnych rzezimieszków po meekhańskich dowódców wojskowych, a może i wyżej. Laskolnyk wraz z czardanem stacjonuje w okolicy wschodniej granicy Meekhanu gdzie przemierzając stepy rozprawia się ze zbirami i pomaga tamtejszej ludności. Jednak i tu wreszcie dotychczasowa rutyna dobiega końca kiedy docierają echa niepokojących wydarzeń, a czardan zostaje wciągnięty w machinę nadchodzących wydarzeń. 

Z kolei na zachodzie poznajemy losy młodego złodzieja Altsina, który wplątany w kradzież niezwykle ważnej relikwii odkrywa mroczne sekrety miasta, w którym się wychował i zostaje wpleciony w wydarzenia mogące mieć wydźwięk w całym cesarstwie i do których przyłożyły swą rękę siły pokrewne bogom.

Tak jak i poprzednio Wegner zachwyca stylem i wciąga czytelnika w przygody swoich bohaterów zręcznie splatając rozpoczęte w poprzednim tomie wątki i prowadząc do konfrontacji poznanych bohaterów. Odkrywa jednocześnie kolejne karty głównych wydarzeń czyniąc tym samym lekturę jeszcze bardziej intrygującą. 

###

Oba tomy zbudowane są podobnie, najpierw do czynienia mamy z grupą osób na tle, których wyróżnia się kilka jednostek, potem zaś poznajemy losy pojedynczego osobnika targanego poważnymi wątpliwościami, którego życie diametralnie się odmieni. Na podobnej zasadzie również oba tomy się splatają.

Styl autora sprawia, że lektura idzie niezwykle sprawnie i zapewnia dużo przyjemności, wykreowane postacie są szczegółowe i ciekawe, szybko się do nich przywiązujemy i często o ich losy niepokoimy, zaś różnorodność wykreowanego świata zachwyca.

Jednym słowem debiut Wegnera to wielki sukces i niezmiernie ciekaw jestem kontynuacji serii, zwłaszcza że kolejny tom jest już pełnoprawną powieścią nie zaś zbiorem opowiadań. Tym bardziej ciekaw jestem jak autor sobie z tym poradził. Polecam każdemu zainteresowanemu fantastyką, zwłaszcza tym ceniącym dobrą rodzimą fantasy. Na pewno się nie zawiedziecie.
środa, 5 września 2012 | By: Harashiken

Polcon 2012 - relacja

Kiedy pisałem pyrkonową relację nie miałem do czego go przyrównać, tym razem sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Przyznam szczerze, że gdyby nie "moja" konwentowa ekipa to żałowałbym wydanych pieniędzy i straconego czasu. Największą gratką jak to na konwentach zwykle bywa, była obecność zagranicznych gości i możliwość zdobycia ich autografów. Poza tym nie byłoby chyba czego żałować. No ale od początku.

Nauczony doświadczeniem z Pyrkonu tym razem wybrałem wcześniejszy pociąg, wiążący się jednak z bolesną koniecznością wstania o 4 rano. Tak więc godzina 5:15 Harashiken z torbą na ramię i wypchaną głównie książkami (tym razem w równych proporcjach przynależności) torbą podróżną pakuje się do pociągu. Tym razem podróż przebiegła znacznie sprawniej i przyjemniej bowiem już w drodze dołączała część ekipy. Wybór godziny był słuszny, dwie godziny zapasu na zostawienie swoich rzeczy w noclegowni i pojawienie się na terenie konwentu akurat wystarczyły. I tu pierwszy zgrzyt w organizacji, szkoła noclegowa i teren konwentu były w przeciwnych kierunkach od dworca i to w odległości 20-30 minut drogi (na szczęście bez przesiadek). Dobrze, że przynajmniej była możliwość odbierania akredytacji w szkole, bo kolejki na terenie konwentu były bardzo zacne.

Powyżej zestaw otrzymany za 55 zł: smycz, marny papierowy identyfikator, który wiele osób musiało wymieniać bowiem niszczył się w tempie zastraszającym,  papierowa wejściówka wymagana do dostania się na teren szkoły, dość chaotycznie zorganizowany informator i plan konwentowych atrakcji. Do tego wszystkiego jeszcze (za jedyne 10zł!) 4-dniowy nocleg w szkole, która i tak podczas wakacji stoi pusta. Tym razem przyszło mi zakwaterować się w sali i powiem szczerze, że widok prawie pustych korytarzy robił dziwne wrażenie.

Programów co prawda było całkiem sporo, jednak te najbardziej interesujące były oczywiście w tym samym czasie, a potem pozostawały przerwy, z którymi nie wiadomo było co zrobić. Do najbardziej interesujących należą oczywiście spotkania z autorami. Szkoda tylko, że organizowane w co prawda największych salach, ale i tak zdecydowanie za małych na niektóre spotkania, podczas gdy aula prawie cały czas była wolna. Na spotkaniu z Sapkowskim nie było gdzie palca wcisnąć, ludzie siedzieli na podłodze, stali pod ścianami, przy biurko, dosłownie wszędzie. Na szczęście tylko na dwóch spotkaniach nie udało mi się wcisnąć na miejsca siedzące. Spotkanie z Jarosławem Grzędowiczem okazało się kolejnym organizacyjnym potknięciem. Otóż poinformowano go, że najpierw jest spotkanie z Kossakowską, a dopiero 2h później z nim i odkręcano to tuż przed przez co straciliśmy ponad 15 minut z godzinnego spotkania. A trzeba zauważyć, że taka godzinka z autorem to niewiele, zwłaszcza kiedy zacznie się rozkręcać. Udało mi się również zaliczyć oba spotkania z Brettem, jedno "oficjalne" tak jak z innymi autorami, drugie zaś prowadził Marcin Mortka tłumaczący jego książki. Na tym drugim dane nam było posłuchać wybranego przez autora całkiem długiego fragmentu trzeciej części jego cyklu. Poza oczywistymi autorami (tj. tymi od, których zbierałem autografy) wybrałem się jeszcze z braku lepszego zajęcia na spotkanie z Kosikiem. Przyznam, że zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie, taki trochę polski MacGyver. Rafał Kosik bowiem, jeśli ktoś nie wie, nie wychodzi z domu bez plecaka wypchanego gadżetami, które jego zdaniem pomogą mu przetrwać apokalipsę ;) Niestety tym razem nie odbyła się prezentacja zawartości plecaka bo jak stwierdziła prowadząca nie starczyłoby na to czasu.



Odnośnie spotkań należy jeszcze dodać, że organizacja rozdawania autografów również leży kompletnie. Na Pyrkonie były tzw "dyżury autografów" gdzie autor siedział sobie przez godzinę przy stole w jakimś szerokim korytarzu albo innym obszernym pomieszczeniu i dawał autografy. Tu miejsca na rozdawanie autografów były szukane na szybko zaraz po spotkaniu, autor wychodził tłumek parł za nim i patrzył gdzie stanie jakaś ławka. Brett rozdawał w mało uczęszczanym ale ciasnym korytarzu na 3 lub 4 piętrze budynku. Oczywiście o kolejce i kulturze można było zapomnieć, ścisk, duchota i przepychanie się. Sapkowskiemu zorganizowano stolik tuż przy drugim wejściu gdzie jeszcze na dodatek odbywały się akredytacje. Gdyby nie to, że udało mi się zając miejsce w czołówce to pewnie stałbym tam z 1-2h bo ludzki wężyk ciągnął się prawie do głównego wejścia. Natomiast jeśli chodzi o Grzędowicza... to ten musiał sam sobie zorganizować miejsce bo nikt się nim nie przejął. Przecież to taki mało ważny autor w dodatku z Wrocławia, więc po co się trudzić nie? Skończyło się na rozdawaniu autografów na ławkach przy grillbarze. Ale to i tak nic, nie pamiętam już kto, ale słyszałem, że jeden z naszych autorów dawał autografy siedząc na schodach ^^.

Książki z autografami czekające na odbiór, przez moją opieszałość w pisaniu
relacji niektóre już nawet odebrane ;)
Poza tym byłem jeszcze na jubileuszowym spotkaniu z redakcją Nowej Fantastyki, z którego uciekliśmy jak tylko przerodziło się w luźne rozmowy między przybyłymi, a także ostatniego dnia na spotkaniu dotyczącym zamiłowania autorów fantastyki do kotów z Kossakowską i Białołęcką. Otóż dlaczego fantaści tak bardzo lubią koty? Bo są ponoć stworzeniami magicznymi i zapewniają autorom natchnienie? Nie! Dlatego, że nie trzeba z nimi wychodzić i można się oddać czytaniu/pisaniu fantastyki ^^ Bardzo ciekawe spotkanie, acz ścisk i niewygodna pozycja na skrawku podłogi umniejszały trochę przyjemność uczestnictwa. Z okołofantastycznych prelekcji byłem jeszcze na prowadzonej przez jednego z redaktorów Poltera pogadance o grzechach głównych recenzentów, a jakże! Nie dowiedziałem się z niego kompletnie nic, prowadzący plątał się czasem w tym co mówił, miał też problemy z odparciem niektórych argumentów wystosowanych przeciw jego radom, a ogólnie wszystko to mierzyło raczej w pisanie recenzji "na poważnie" dla różnych stron i czasopism. Gdybym ja zaczął te rady stosować pewnie straciłbym większość odwiedzających bo nikt nie chciałby czytać kolejnych sztampowych do bólu recenzji.

Zaliczyłem jeszcze kilka konkursów i prelekcji związanych z anime (dwie najciekawsze odwołane!), ale tym nie będę was zanudzał bo to blog o literaturze fantastycznej. Wspomnę tylko, że na konkursie cosplay wystąpiło może z 10 osób, zaś reszta przebranych została zaproszona na koniec na scenę by zaprezentować się zgromadzonym ludziom, ale i ich było niewielu. Nijak ma się to do tłumów cosplayowców występujących na Pyrkonie. Będąc przy temacie mniej fantastycznym wspomnę też, że sytuacja ze stoiskami wyglądała podobnie. Ledwie kilka z gadżetami, przypinkami itp, zakładek prawie wcale, jedno stoisko z książkami w dodatku wysoko, daleko i po cenach od których od razu uciekłem. Natomiast na plus trzeba Polconowi zaliczyć to, że zapoznał mnie z planszówkami :) Z racji wspomnianych dziur czasowych między prelekcjami, zaglądałem do games roomu gdzie poznałem Talisman, Magię i Miecz. Bardzo przyjemna planszówka potrafiąca zapewnić wiele godzin rozrywki. Szkoda tylko, że strasznie droga, a w dodatku ciągle okupowana. Przez 4 dni nie udało nam się zebrać liczniejszej liczby graczy, a jak już było ich więcej niż 2-3 to szybko trzeba było kończyć. Kolejnym pozytywem był wspomniany już grillbar. Od rana do wieczora przygotowywano nowe rzeczy, a wszystko na wagę. Każdy wybierał co chciał, nakładał ile chciał i można było naprawdę smacznie, dobrze i w miarę tanio zjeść. Zdecydowanie lepsze rozwiązanie niż konwentowa pizza :)

Stoisk z przypinkami niby mało, ale przypinek tyle co z Pyrkonu, magia!
Na koniec muszę jeszcze dodać, że atmosfera w samej szkole również była dość dziwna. Sam co prawda dużego doświadczenia w konwentowaniu nie mam, jednak ludzie, którzy ze mną byli, już tak. Chodzenie spać na konwencie o 12 w nocy jest praktyką cokolwiek dziwną, choć i tak ludzie długo z nami wytrzymali bo chyba dopiero koło pierwszej grzecznie nas poprosili o zgaszenie światła bo nie mogą spać. Korytarze jak już wspomniałem były w większości puste, ludzie pomieścili się w salach, a co bardziej wymagający płacili za pokoje w akademikach, sala gimnastyczna gdzie mieścił się szkolny games room prawie pusta. Przenieśliśmy się więc na korytarz gdzie... uwaga, uwaga, gżdacze patrolujący korytarze dziwili się co my tu jeszcze robimy. Pozdrowienia dla Niche i Riki! :) Wytrwaliśmy do piątej rano, kiedy to jednak trzeba było się chwilę zdrzemnąć by zregenerować siły na dzień następny. Kolejne noce wyglądały podobnie, z tym że już w większej grupie ;)

Ogółem jak wspomniałem największe pozytywy to ekipa+autografy+girllbar, a także spotkanie z kolejnym blogerem (podziękowania dla Immory za miło spędzony czas), reszta jednak mnie zawiodła w większym lub mniejszym stopniu i poważnie zastanowię się czy wybrać się na kolejny Polcon. Tymczasem nie mogę się doczekać Pyrkonu, który byłby jeszcze lepszy gdyby trwał jeden dzień dłużej.
sobota, 18 sierpnia 2012 | By: Harashiken

Dylogia Endymion

Autor: Dan Simmons
Tytuł: Endymion, Upadek Endymiona
Cykl: Hyperion Cantos (Dylogia Endymion)
Wydawnictwo: MAG
Oprawa: twarda z obwolutą
Liczba stron: 1643
Status: posiadam
Ocena: 6+/6

UWAGA!!
Zdecydowanie odradzam dalsze czytanie jeśli nie jesteście jeszcze po lekturze "Upadku Hyperiona", recenzja może zawierać spoilery!!

###

Od upadku Hegemonii minęło trzysta lat, bardzo ciężkich dla ludzi lat. Wraz z utratą transmiterów ludzkość praktycznie utraciła możliwość kontaktu i podróży międzygwiezdnych. Pozbawiona władzy, osłabiona i rozbita ludzkość to idealny moment by zaprowadzić nowy ład. Taki właśnie ład postanowił wprowadzić Kościół Katolicki który w czasach Hegemoni był ledwie niewielką sektą. W zamian za nawrócenie podarował on ludzkości życie wieczne w postaci ulepszonych krzyżokształtów. Dzięki najnowszym superszybkim napędom i technologi wskrzeszania zmarłych, którzy przyjęli krzyżokształt podróże kosmiczne znów stały się możliwe, a Kościół systematycznie rozwijał swoje imperium i umacniał pozycje. Obecnie w trzysta lat po Upadku większością zamieszkałych przez ludzi planet twardą ręką rządzi Kościół i Pax.

Istnieje jednak nadzieja, Enea dziecko człowieka i cybryda jedyna nadzieja ludzkości i największe zagrożenie dla Kościoła i ocalałego TechnoCentrum, które posuną się do wszystkiego by ją złapać. Śledzimy jej losy poprzez osobę Raula Endymiona, człowieka zmuszonego przez wydarzenia do zostania jej towarzyszem i "ochroniarzem".

Simmons znów stosuje swoją zagrywkę z Hyperiona. Jeśli ktoś z was przed lekturą zapoznał się z opisem wszystkich czterech, albo przynajmniej trzech książek cyklu to doszedł do oczywistych wniosków. Siedmiu pielgrzymów, z których przeżyje tylko jeden, zaś bohaterką "Endymiona" jest Enea dziecko Lamii Brawne jednej z pielgrzymów. Mamy zatem odpowiedź kto przeżyje nie? Oczywiście, że nie i jak się sami zapewne przekonaliście autor potrafi nieźle namieszać. Podobnie ma się sprawa z dwoma ostatnimi tomami, słowa padające w króciutkim pierwszym rozdziale "Endymiona" potrafią poważnie wstrząsnąć czytelnikiem i wytrącić go z równowagi. Jednak trzeba wpierw poznać historię by w pełni zrozumieć sytuację.

To co jest niewątpliwą zaletą cyklu to klimat. Simmons roztacza przed czytelnikiem wspaniałe wizje obcych globów i buduje niesamowity klimat. Dwoje bezbronnych samotnych ludzi przeciwko, którym jest cały świat, którzy nie mogą się nigdzie schronić, nigdzie poczuć bezpiecznie. Mimo świadomości tego jak beznadziejna jest ich misja i tego że nigdy nie będą mogli wieść normalnego życia potrafią się śmiać i oddawać chwilom błogiej beztroski. Tak jak w przypadku historii Siri czy Racheli i tu Simmos maluje nam obrazki pięknych i smutnych chwil z życia bohaterów, które potrafią poruszyć czytelnika.

Mówiąc o tej dylogii nie sposób nie wspomnieć o osobie Enei, która to jest postacią bardzo niezwykłą. Dwunastoletnia dziewczynka posiadająca wspomnienia przyszłości i mająca zostać mesjaszem ludzkości, która została zmuszona do porzucenia świata jaki znała i kochała na rzecz zupełnie obcej i wrogiej jej rzeczywistości. Niezwykłe w Enei są jej intuicyjnie podejmowane działania i niezwykła jak na ten wiek dojrzałość, rozsądek i rozległa wiedza. Jednocześnie są chwile, w których jest tylko zwykłą dwunastolatką, którą postawione przed nią zadanie i czekające przeszkody po prostu przerażają i przerastają, która chciałaby mieć normalne dzieciństwo i wieść normalne życie.

Nie jestem w stanie w pełni i należycie opisać dzieła Simmonsa i chyba nigdy nie byłbym w stanie zrobić tego tak jak na to zasługuje. To po prostu przygoda, którą trzeba przeżyć samemu, bo żadne słowa nie oddadzą jej geniuszu. Jeśli jednak z jakichś powodów nie trafiła do was Dylogia Hyperiona to najprawdopodobniej również Dylogia Endymiona nic w tej kwestii nie zmieni. Pomimo tego uważam jednak, iż jest to absolutne "must read" dla każdego zainteresowanego fantastyką (w szczególności sf). Najwspanialsze dzieło tego podgatunku z jakim miałem do tej pory do czynienia i z jakim pewnie już nigdy nie będę miał okazji obcować. Oczekiwałem, iż "Diuna" wzbudzi u mnie podobny zachwyt i choć nie można jej odmówić geniuszu to moim numerem jeden pozostanie dzieło Simmonsa, które tak jak "Diuna" dla Sil stało się już chyba dla mnie czymś więcej niż tylko fikcyjną historią na kartach powieści. Są to również książki, które mają największą dotychczas szansę na mój powrót do nich, a jak wiadomo ja raczej na powtórki poświęcać czasu nie lubię.
poniedziałek, 13 sierpnia 2012 | By: Harashiken

Extensa

Autor: Jacek Dukaj
Tytuł: Extensa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Oprawa: twarda
Liczba stron: 121
Status: posiadam
Ocena: 5/6

Przeszłość w przyszłości o to jak najlepiej można by opisać świat Extensy. "Saga rodzinna z czasów ostatnich rodzin, (...) odległa przyszłość jak baśniowa przeszłość" jak głosi blurb i nie znajduję słów by lepiej to ująć.

Zielony Kraj będący dawną Grenlandią to ostoja ostatnich ludzi hołdujących Tradycji, próbujących desperacko zachować człowieczeństwo, z którego większość populacji zrezygnowała na rzecz ewolucji. Pozbawieni wytworów technologii bardziej skomplikowanych niźli telewizor (który i tak zresztą już nie działa), żyją na rodzinnych farmach, przekazując obowiązki i umiejętności z pokolenia na pokolenie. Jedni hodują konie, inni prowadzą różnego rodzaju uprawy, na Targu zaś następują wymiany nadmiaru towarów i tak płynie życie z dnia na dzień. A wszystko to utrzymuje się na cienkiej nitce Przymierza.

My zaś śledzimy losy chłopca wychowanego na farmie hodowców koni. Od lat młodzieńczych przez dojrzewanie, przypadkową fascynację zapomnianą już nauką, miłość, dorosłość, przez zdrady, żałoby, układy, chwile piękne i smutne, aż po nieznane. 

Niewiarygodne jest jak wiele Dukaj potrafi zawrzeć w tak cienkiej książce i jednocześnie zachować naturalność i realizm. Oczywiście jak na tego autora przystało przyjdzie nam przebrnąć przez praktycznie niezrozumiałe opisy dziwnych zjawisk, których jednak ogólny sens na pewno do czytelnika dotrze. Szczerze się zastanawiam czy rzeczywiście dukajowskie tłumaczenia mają jakiś sens czy to tylko pseudointeligenty bełkot mający nadać książce odpowiedni charakter i klimat. I spełni on na pewno swoje założenie jeśli tylko nie odstraszy wcześniej mniej doświadczonego czytelnika.

To już trzecia z kolei powieść tego autora i naprawdę utwierdzam się w przekonaniu, że Dukaj nie potrafi źle pisać. Coraz większy rośnie też mój podziw i szacunek do tegoż autora i niewątpliwie kiedy patrzyłem gdzieś w inną stronę stał się dla mnie numerem jeden jeśli chodzi o polskich fantastów literackich. Twórczość Jacka Dukaja jest niezwykle specyficzna, dlatego też na pewno nie do każdego trafi i jeśli do tej pory nie przypadła wam do gustu "Extensa" na pewno tego nie zmieni. Nie radziłbym również od niej zaczynać swojej znajomości z tym autorem, choć książka jest zwodniczo cienka to łatwo może odstraszyć swoją nietypowością.
piątek, 10 sierpnia 2012 | By: Harashiken

TOP10 #10 - Dziesięć książek/autorów przeczytanych pod wpływem blogerów

"Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj tutaj nowego tematu na dany tydzień."

Tym razem będą to książki, na które zwróciłem uwagę dzięki innym blogerom. Teoretycznie powinny to być książki przeczytane jednakże, żeby uzbierać takowych dziesięć to pewnie czekałbym jeszcze z rok albo i lepiej. Dlatego też postanowiłem wciągnąć na listę również te pozycje, które przeczytać zamierzam. Oto i one:
1# Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Przeczytane dzięki recenzji Enedtil znalezionej na lubimyczytac.pl na początku mojej przygody z tą stroną.

2# Ubik i 3# Blade Runner
Przeczytane dzięki Fenrirowi po tym jak zobaczyłem te piękne nowe wydania w jednym z jego stosików.

4# Kamienna Ćma

Przeczytana dzięki recenzji Viv.

5# Wieki Światła
Przeczytane dzięki recenzji Oceansoul.

6# Peanatema 
Przeczytana dzięki recenzji i zachętom Karo.

7# Dzieci Demonów
Trafiły do moich czytelniczych planów dzięki pozytywnym recenzjom Immory, Moreni, Sil, VivFenrira.

8# Złodziej
 Trafił do moich czytelniczych planów między innymi dzięki recenzji Sil.

9# Czaropis
 Trafił do moich czytelniczych planów dzięki recenzji Viv.

10# Nocny Patrol
 Trafił do moich czytelniczych planów między innymi dzięki recenzji Fenrira i utwierdził się dzięki pozostałym. 
poniedziałek, 6 sierpnia 2012 | By: Harashiken

Adrian Tchaikovsky

Kilka dni temu na stronie Rebisu pojawiła się ciekawa informacja o twórczości Adriana Tchaikovskiego. Otóż podpisał on nowy kontrakt obejmujący trzy powieści. Jedną z nich jest ostatni tom dobrze nam znanego cyklu Cienie Pojętnych. Druga pozycja to jednotomowa powieść z "historycznym odchyleniem", związana z czasami napoleońskimi jednakże nadal w konwencji fantasy. Trzecia zaś to to początek kolejnego cyklu, który według autora ma być równie odmienny i szczegółowo dopracowany jak "Cienie...".

Zainteresowanych oryginalnym wpisem odsyłam do bloga autora.

###

Ja ze swej strony pragnę dodać, że jestem niezmiernie zaciekawiony, zwłaszcza tym nowym cyklem. Ciekaw jestem tylko czy tego doczekam, bowiem na wydanie ostatnich tomów "Cieni..." poczekamy jeszcze pewnie kilka lat. Może jednak w tym czasie ukaże się również, któraś z ww. książek. Pozostaje uzbroić się w cierpliwość i czekać na owoce prac autora. :)
sobota, 4 sierpnia 2012 | By: Harashiken

Człowiek z Wysokiego Zamku

Autor: Philip K. Dick
Tytuł: Człowiek z Wysokiego Zamku
Wydawnictwo: Rebis
Oprawa: twarda z obwolutą
Liczba stron: 330
Status: posiadam
Ocena: 5+/6

No i proszę kolejny Dick za mną i kolejna recenzja do której nie ma się jak zabrać. Maciej Parowski we wstępie przytoczył pewien podział pisarzy, podział na stylistów i narratorów. Jeśli miałbym ująć sedno tego o czym jest "Człowiek..." mógłbym spokojnie odpowiedzieć, że o tym samym o czym dwie czytane już przeze mnie pozycje Dicka. Jest o naturze rzeczywistości, o naturze ludzkiej egzystencji, prawdziwość rzeczywistości, szukaniu sensu. Dick jest stylistą zgodnie z przytoczonym podziałem, chwyta się jednego schematu, jednego tematu i pisze tylko o tym choć w tak różnych formach szuka odpowiedzi na te same pytania.

"Człowiek z Wysokiego Zamku" nie jest tylko książką przeznaczoną dla czytelnika, jest przede wszystkim kolejnym przygotowanym przez pisarza gruntem na polu którego może szukać odpowiedzi. W "Człowieku..." znów podważana jest realność tego co nas otacza. Należy sobie jednak zadać pytanie czy prawda może być tylko jedna?

Nie jest to książka typowo sf czego można się było spodziewać czytając wcześniej "Ubika" i "Blade Runnera". Jedynym fantastycznym elementem nie licząc możliwości lotów na Księżyc i Marsa i superszybkich niemieckich środków transportu jest alternatywna historia rzeczywistości. Otóż drugą WŚ wygrały Niemcy i Japonia, Rzesza kwitnie i roztacza swoje wpływy na cały świat podczas gdy Ameryka podupada, a o tym co dzieje się z Europą lepiej nie mówić.

Od strony fabularnej należy zaznaczyć iż "Człowiek..." nie przedstawia jednej spójnej historii. Ukazuje nam wyłącznie fragment z życia pośrednio lub bezpośrednio powiązanych ze sobą ludzi, dla niektórych będący ważnym momentem w życiu dla innych być może nawet przełomowym, a dla reszty zwykłym epizodem jakich wiele. Nic się tak naprawdę nie zaczyna i nic się nie kończy, ot wyrwany z całości fragment ukazujący czytelnikowi uniwersum "Człowieka..." i stawiający kolejne pytania.

"Człowiek..." to tak naprawdę nie jedna, a trzy książki bowiem w świecie przedstawionym przez autora istnieją jeszcze dwie bardzo istotne dla bohaterów i dla fabuły książki. I-Cing, księga przemian, istniejąca naprawdę i będąca dla większości dickowskich amerykanów wyrocznią, która pomaga im podejmować wszelkie ważne decyzje. Drugą z nich jest Utyje szarańcza książka fantastyczna przedstawiająca alternatywną wersję rzeczywistości, wersję w której Państwa Osi przegrywają wojnę i tym samym będąca książka zakazaną przez Rzeszę w wielu okręgach.

Jest to kolejna znakomita powieść Dicka, z która należy się koniecznie zapoznać chcąc obcować z górnolotną fantastyką, bądź z samym autorem. Jeśli jednak do tej pory książki Dick'a was nie przekonały to "Człowiek..." też prawdopodobnie niczego nie zmieni.
wtorek, 31 lipca 2012 | By: Harashiken

URODZINY!!

31 lipca 2011 to data kiedy na blogu pojawił się pierwszy powitalny wpis, a dziś przecież mija rok od jego założenia. Mało brakowało, a przegapiłbym ten ważny dzień. Niewiarygodne, że już tyle czasu minęło nie? Niestety z tej okazji żadnego  konkursu  nie będzie jako, że nie mam w zwyczaju ich robić (bo i z czego?:P), a dochodzi jeszcze fakt uświadomienia sobie nielegalności blogowych konkursów, więc wymyślenie zgodnego z prawem nastręcza dodatkowych problemów takiemu leniowi jak ja ;)

###

Trochę statystyki:
W ciągu tego blogerskiego roku przeczytałem 31 książek.

Na blogu pojawiły się 44 recenzje, niektóre zbiorcze inne nie. Z tego 7 powstało jeszcze przed blogiem i pojawiły się na LC.

W ciągu owego roku dorobiłem się również 18 stosików książkowych, które powiększyły moją biblioteczkę o 119 pozycji.

Wszystkie recenzje, stosiki, topy i wpisy, słowem wszystko co opublikowałem dorobiło się ponad 900 komentarzy. I tu taka mała reklama - zapraszam do moich pierwszych wpisów i recenzji, kilka przeszło niezauważonych, więc zaglądajcie i komentujcie ;)

W ciągu roku osiągnąłem również skromną ilość 24 000 wyświetleń bloga, z czego zapewne większość sam nabiłem, zanim wyłączyłem opcję nieśledzenia moich wejść ;)

###

Mam nadzieję, że blog nadal będzie się rozwijał, a mnie nie przejdzie chęć do czytania i rozpisywania się o przeczytanych dziełach. Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądają i którzy mi towarzyszą, zarówno od początku jak i od niedawna i mam nadzieję, że z czasem będzie was jeszcze więcej :)


niedziela, 29 lipca 2012 | By: Harashiken

Córka Łupieżcy

Autor: Jacek Dukaj
Tytuł: Córka Łupieżcy
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Oprawa: twarda
Liczba stron: 130
Status: posiadam
Ocena: 5+/6

Miasto jest wszystkim. Nie chodzi tu tylko o fabułę, to Miasto tworzy ten świat, choć niedosłownie. Jacek Dukaj udowodnił mi tą książką, że potrafi tworzyć światy niezwykłe i to w bardzo prosty sposób. Bierze naszą dobrze znaną rzeczywistość i podmienia jeden drobny element, albo dodaje inny alternatywny, a potem czeka i patrzy jak wszystko ewoluuje i zmienia się na skutek tej ingerencji. Zupełnie nie rozumiem czemu wiele osób ocenia tę książkę dość nisko, choć może to przez moją znikomą znajomość autora. Do tej pory zetknąłem się tylko z "Innymi Pieśniami" zatem może na tle całokształtu twórczości Dukaja "Córka..." wypada słabo. Dla mnie jednak była rewelacyjna. Ta cienka książeczka zdecydowanie bardziej mnie poruszyła niż "Pieśni", które tak zachwalane nie wywarły na mnie spodziewanego wielkiego wrażenia. Niemniej obie książki są świetne bo jak to ujęła Karodziejka, Dukaj nie umie źle pisać.

Akcja umiejscowiona jest w XXI wieku jednak z technologiami, o których my możemy tylko pomarzyć. Nowa, wspaniała "elfia" architektura, możliwość kontaktu z nienarodzonymi i zmarłymi, lsny czyli twór na kształt wirtualnej rzeczywistości wpleciony w tą prawdziwą, pełniący między innymi funkcję ogromnie rozwiniętego internetu, a to wszystko tylko kropla w morzu tego co jeszcze można osiągnąć. Dukaj znów zasypuje nas nieznanym słownictwem, technologicznym żargonem, który najprawdopodobniej ma sens tylko dla samego autora. Na szczęście jednak zaraz po podobnych informacjach otrzymujemy proste wyjaśnienia zrozumiałe dla nas maluczkich. Podobnie jak w "Pieśniach" taki zabieg buduje klimat i podkreśla inność wykreowanego świata.

Zuzanna Klajn na swoje osiemnaste urodziny otrzymuje wiele prezentów, najciekawszym jednak i najbardziej interesującym jest prezent od ojca, który nie żyje już kilkanaście ładnych lat. Tajemnicze informacje, tajemniczy wisiorek, tajemnicza firma, która o okolicznościach śmierci jej ojca nie chce nic powiedzieć. I Miasto, Miasto miast. Czym jest? Kto je zbudował? Jakie kryje tajemnice?

Pozycji tej na pewno nie można zaliczyć do optymistycznych. Dla mnie była dość przygnębiająca może nawet miejscami smutna. Nie tylko z powodu losów Zuzanny, ale także kierunku w jakim zmierza przedstawiony świat. Kiedy dzięki technologii umysł wyprzedza ciało i dziecko po narodzinach posiada w pełni wykształconą osobowość, umiejętność mowy, wiedzę i umiejętności, które pozwalają mu w niedługim czasie zakończyć edukację i w wieku 10-12 lat rozpocząć pracę skąd czerpać radość życia? Co z beztroskimi latami młodości, kiedy o nic nie musieliśmy się martwić? Już teraz chcemy być tak szybko dorośli, że nie zauważamy kiedy przez palce przepływają nam najlepsze lata życia, a co jeśli technologia może to jeszcze przyśpieszyć? A co jeśli możemy sami siebie kreować? Co jeśli technologia pozwala nam ukierunkować nie tylko swoje ciało ale i charakter w stronę którą sami wybierzemy? Co się stanie kiedy osiągniemy doskonałość? Czy pozostanie nam coś więcej? Czy będziemy potrafili nadal czerpać radość i satysfakcję z rzeczy, które zawsze nam ich dostarczały? Albo czy uda się znaleźć inne?

Największą wadą jest chyba końcówka, ostatnie strony kiedy nagle pewne sprawy nabierają tempa, a potem wszystko się urywa i pozostawia po sobie pewien niedosyt, zawód i nierozwiązane tajemnice. Z drugiej jednak strony jak na tak krótką powieść Dukaj skompresował w niej mnóstwo treści. Zupełnie nie czuje się jej niewielkiej objętości, przedstawia realną, spójną i szczegółową historię, a otwarte urwane zakończenie nie jest chyba niczym nowym dla tych, którzy z autorem mieli już do czynienia. Nie wiem jak to z innymi pozycjami jest, ale po "Innych Pieśniach" nie jest to raczej zaskoczeniem.
czwartek, 26 lipca 2012 | By: Harashiken

Bestiariusz słowiański

Autor: Paweł Zych, Witold Vargas
Tytuł: Bestiariusz słowiański, czyli rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach
Wydawnictwo: BoSz
Oprawa: twarda
Liczba stron: 208
Status: posiadam
Ocena: 5-/6

Bestiariusz słowiański to pozycja naprawdę zachwycająca. Przede wszystkim ze względu na wygląd, duży format, ładną twarda twarda oprawa, w środku zaś grube karty i przepiękne ilustracje. Książka zbiera i przedstawia czytelnikowi pewną część barwnego, niesamowitego, a czasem i przerażającego świata rodzimych wierzeń ludowych i baśni traktujących o wszelkiej maści dziwnych stworzeniach, duchach opiekuńczych i innych dobrych bądź złych istotach towarzyszących od wieków ludziom.

Pewnym rzucającym się w oczy mankamentem są bardzo krótkie opisy niektórych stworzeń, które pozostawiają czytelnikowi niedosyt. Z drugiej jednak strony dokopanie się do wiarygodnych źródeł i opisów stworzeń, w które nie wierzy się od lat nie jest zapewne łatwe, tak jak i przesianie różnych wersji i wyodrębnienie najbardziej wiarygodnych informacji. Poza tym nie jest to encyklopedia, a raczej album więc mała ilość tekstu nie powinna być przeszkodą, zwłaszcza że zawarte informacje są rzetelne i treściwe. Na szczęście album zawiera również stworzenia opisane wyczerpująco i szczegółowo, a wszelkie ewentualne braki książki nadrabiane są wspomnianymi wcześniej pięknymi ilustracjami. Wszystko to jak wspominają na wstępie autorzy to tylko pewna niewielka część ówcześnie występujących stworzeń, bowiem nasze rodzime słowiańskie wierzenia były znacznie bogatsze i obszerniejsze.

Być może jeśli ta książka odniesie sukces panowie Vargas i Zych postanowią uzupełnić bestiariusz o kolejny tom. Ja na pewno z chęcią bym po niego sięgnął. Jedyne czego mi brakowało przy lekturze do jakiejś nastrojowej muzyki w rodzaju tej jaka towarzyszyła prezentacji autorów na Pyrkonie. Polecam wszystkim ciekawskim. 
poniedziałek, 23 lipca 2012 | By: Harashiken

Dziedzictwo - zakończenie cyklu


Autor: Christopher Paolini
Tytuł: Dziedzictwo t1 i t2
Cykl: Dziedzictwo
Wydawnictwo: MAG
Oprawa: twarda z obwolutą
Liczba stron: 808
Status: posiadam
Ocena: 3-/6


Po latach oczekiwania nadszedł wreszcie czas na zamknięcie cyklu Dziedzictwo. Z racji tego, że ostatnie dwie części są tak naprawdę jednym tomem postanowiłem się nie rozdrabniać i opisać je razem.

Pierwsze wrażenie nie jest najlepsze, może to skutek kilkuletniej przerwy, a może utrata weny autora, nie wiem. Poprzednie tomy czytałem już ładnych parę lat temu, nie zdziwiłbym się zatem gdyby mój gust odrobinę się zmienił. Od samego początku lektura wydawała mi się bezpłciowa, nie działo się nic ciekawego, było po prostu nudno, a wydarzenia które miały miejsce nie wywierały na mnie żadnego wrażenia, nie budziły żadnego zainteresowania. Dopiero pod koniec pierwszej części pojawiało nowością i pojawiła się mała-duża tajemnica, która wzbudziła we mnie zainteresowanie.

Względem poprzednich tomów nic się nie zmienia, Eragon walczy, Vardeni walczą, zdobywają kolejne miasta, odpierają kolejne ataki Murtagha i Ciernia i wraz ze zbliżaniem się do siedziby Galbatorixa stają się coraz słabsi i coraz bardziej wyczerpani. Eragon ćwiczy swoje umiejętności fechtunku i obrony umysłu, ale czasu jest mało. A skoro tak to bohater potrzebuje jakiegoś powerup'u, sięgamy więc do przepowiedni Solembuma z pierwszych tomów, owijamy odrobiną tajemnicy i wysyłamy Eragona na poszukiwanie mocy! Wtórne? Nudne? Niezbyt odkrywcze? Owszem i pierwszy tom ratuje tylko tajemnica tożsamości siły lub osoby, która manipuluje wydarzeniami w Alagaësii, która posłała Eragona pod drzewo Meona, a teraz w drogę do Skały Kuthian. Któż to jest? Dlaczego to robi? Czemu do tej pory się nie ujawnił? To pytania, które wzbudzają w czytelniku ciekawość i zachęcają do sięgnięcia po drugą część ostatniego tomu, bowiem pozostałe wydarzenia mają skutek wręcz odwrotny.

Zdecydowanie druga część jest znacznie bardziej dynamiczna i ciekawsza co nie znaczy, że ratuje to sytuację. Eragon odkrywa sekret wyspy Vroengard, a Vardeni atakują Uru'bean. Tak więc trochę się dzieje, choć jakość wykonania pozostawia wiele do życzenia. Ostateczne starcie to ze strony wojsk bezładny, chaotyczny atak na twierdzę, zaś ze strony głównych bohaterów wparadowanie głównym wejściem wprost do sali tronowej z nadzieją, że szczęście im dopisze. Oczywiście jak zawsze w takich wypadkach dopisuje, a niemogący się równać ze swoim wrogiem i z góry skazani na przegraną bohaterowie cudownie i w ostatniej chwili odkrywają sposób na zwycięstwo. Jakby tego było mało to po dość szybkim zwycięstwie czeka nas jeszcze kilkadziesiąt stron niezbyt porywających opisów dalszych poczynań bohaterów i uprzątania bałaganu po starym władcy nim wreszcie będziemy mogli spokojnie odłożyć ostatni tom na półkę.

Szczerze przyznam, że błędy maści wszelakiej nigdy w tekście szczególnie w oczy mi się nie rzucały, nie kojarzę takowych z poprzedniej części ani tym bardziej w innych pozycjach MAG'a, tu jednak kilka kwiatków się trafiło. Szczególnie spodobał mi się "ognisty ogień" i "smocze stopy", cóż najwyraźniej nawet korekta była znużona książką.

Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, iż pierwsze tomy przełknąłem z racji krótkiego stażu czytelniczego. Obecnie nie wyobrażam sobie próby przebrnięcia przez cykl jeszcze raz. Ostatni tom porządnie mnie wymęczył i naprawdę cieszę się, że mam już to za sobą i mogę przejść do dzieł znacznie lepszych, a przynajmniej lepiej rokujących. Cykl "Dziedzictwo" polecić mogę młodszym czytelnikom, jak i tym z fantastyką jeszcze nie obeznanym, reszta niech chwyta się za dzieło Paoliniego na własną odpowiedzialność.
piątek, 20 lipca 2012 | By: Harashiken

Stosik #18

Co tu dużo mówić, kolejna akcja mająca na celu odchudzenie moich wirtualnych półek "chcę mieć" i tym samym chyba ostatni wakacyjny stosik.

Od góry:
Cień Królowej Mroku - Raymond E. Feist, unikat upolowany na allegro za jedyne 60zł!! Jeszcze tylko trzy tomy i skompletuję całego "starego" Feista :)
Nagi Bóg: Kampania, Nagi Bóg: Wyprawa, Gwiazda Pandory: Inwazja, Gwiazda Pandory Ekspedycja - Peter F. Hamilton, czyli rozpoczęcie zbierania dzieł Hamilton, o którym to decyzja zapadła po zakupie Pustki.
Mesjasz Diuny - Frank Herbert, jako że wakacje to najlepszy moim zdaniem okres na czytanie grubych tomiszczy i długich cykli powziąłem decyzję zapoznania się wreszcie z "Diuną" i na wszelki wypadek zaopatrzyłem się w drugi tom.
Wyznania Łgarza, Trzy stygmaty Palmera Eldritcha - Philip K. Dick, a to oczywiście wynik postępującego kompletowania nowych wydań dzieł Dick'a.
środa, 18 lipca 2012 | By: Harashiken

Obywatel, który się zawiesił

Autor: Rafał Kosik
Tytuł: Obywatel, który się zawiesił
Wydawnictwo: Powergraph
Oprawa: twarda
Liczba stron: 346
Status: posiadam
Ocena: 4-/6

"Obywatel, który się zawiesił" to pierwszy tom opowiadań jakie dotychczas napisał Rafał Kosik i tym samym moje pierwsze z nim spotkanie. Niestety było to spotkanie niezbyt porywające. Poziom opowiadań jest bardzo nierówny, większość jest średnia, niczym się nie wyróżniają i w zasadzie nudzą. Kilka tylko wybija się spośród reszty, ale i tak nic wybitnego tu nie ma. Może to też kwestia tego, iż do tej pory z opowiadaniami za wiele do czynienia nie miałem.

Opowiadania zawarte w zbiorze można podzielić na trzy kategorie, te ukazujące niedaleką przyszłość, te podchodzące bardziej pod grozę i te  bardziej fantastyczne. Tytułowe opowiadanie w zasadzie ciężko zaliczyć do którejkolwiek z nich. Robi ono całkiem dobre wrażenie, doskonale obrazuje absurdy i zawiłości polskiego prawa i tragiczne skutki do jakich może doprowadzić upór obu stron. Pan Wroński chciał jedynie spokoju i nic więcej, a doszło do prywatnej wojny na własnym podwórku. Kolejne opowiadanie "Skrytogrzesznicy" ukazuje konsekwencje możliwości nawiązywania kontaktu ze swoim przeszłym lub przyszłym ja z alternatywnego świata. Śledzimy tu losy dwóch różnych choć delikatnie ze sobą powiązanych postaci i jak się okazuje skutki takich możliwości technicznych nie są tak różowe jak można by tego oczekiwać po nowej wspaniałej technologii. Z początku odrobinę mętne opowiadanie, szybko się klaruje jednak w ogóle nie porywa. Następna jest "Ohyda". Po tytule można by spodziewać się czegoś mocniejszego i lepszego od reszty, opowiadania które wyróżni się spośród innych. Poznajemy tu człowieka, który para się wymyślaniem coraz bardziej kontrowersyjnych show, które przyciągają kompletnie już zdemoralizowaną ludzką publikę i zarabiają miliony. Oczekiwałem czegoś wstrząsającego, jednak otrzymałem kolejnego średniaka, który nie wywarł na mnie żadnego wrażenia.  "Pokoje przechodnie" to opowiadanie, które przywiodło mi na myśl opowieść Poety z "Hyperiona". Technika poszła do przodu, ludzie mogą mieszkać w domach rozrzuconych po całym świecie. Salon w Hiszpanii, łazienka w Rosji, taras na Hawajach. Problem w tym, że kiedy wtłoczyć to w nasze realia, żerowanie na klientach i ludzką oszczędność, otrzymujemy niezbyt pewną i dość niebezpieczną technologię która nijak się ma do opartego na transmiterach wspaniałego domu Poety. Tak jak i "Ohyda" opowiadanie to pokazuje ludzką znieczulicę i zanik moralności, jednak jak i poprzednie nie wywarło na mnie żadnego szczególnego wrażenia.

W ramach klimatu grozy możemy tu znaleźć trzy opowiadania. Pierwsze z nich "Mgła" jest mocno klasycznym i kompletnie przewidywalnym w kluczowych momentach. Opowiada nam o chłopaku, który wraz ze swoją dziewczyną i dwójką przyjaciół dostał się nielegalnie na teren rezerwatu i postanowił odnaleźć górską chatę, w której przez jakiś czas zamieszkiwał jego dziadek. Ten bowiem zniknął kiedyś z domu, a po powrocie nie wyrzekłszy nawet słowa zmarł, zostawiając po sobie jedynie dziennik z mętnymi zapiskami. Czeka nas więc droga do chatki, mrożąca krew w żyłach noc wśród stuków, pisków i innych niepokojących odgłosów, a potem wielki i zaskakujący finał. Naprawdę nic ciekawego, ledwie można poczuć dreszczyk emocji. "Szczelina" zaś zdecydowanie podnosi poziom. Opowiadanie to jest intrygujące i tajemnicze, niejednego będzie trzymać w napięciu do końca. Opowiada o kilku przypadkowych podróżnych, którzy jadąc pociągiem z Warszawy do Krakowa trafiają w szczelinę między światami, która może zupełnie odmienić ich życie. Czy jednak podróżni są zupełnie przypadkowi? Czy może wiedzieli w co się pakują? "Coś, czego nigdy nie pamiętamy" to z kolei opowiadanie, które w założeniu miało pewnie w czytelniku wzbudzić dreszcz emocji. Zdecydowanie najbardziej podchodzi pod grozę z uwagi na swoją początkową tajemniczość i niepokojące wydarzenia. Niestety nie udało się, choć opowiadanie zaczyna się intrygująco, szybko traci klimat by ostatecznie okazać się kolejnym przeciętniakiem.

Pierwsze z opowiadań z nutką fantastyki "Za dobre to zrobiliśmy" opowiada nam o agencji reklamowej, której reklamy potrafią sprawić cuda. Zwykła historia z drobnym fantastycznym, niezrozumiałym i niewyjaśnionym elementem, czyli kolejne nużące opowiadanie z bezpłciowym finałem. "Czy ktoś tu widział Boga?" jest natomiast jednym z lepszych w zbiorze. Ukazuje nam chaos jaki panuje w zbiurokratyzowanym niebie i utwierdza mnie w żywionym już wcześniej przekonaniu, że jeśli jednak okaże się, że niebo istnieje to zdecydowanie bardziej preferuje ciepłe i przytulne piekło gdzie nie obowiązują żadne sztywne i głupie zasady. Ostatnie opowiadanie "Wyprawa szaleńców" jest zdecydowanie najlepsze i najbardziej fantastyczne. Dostajemy alternatywny świat, wszechobecne morze ze sterczącymi z niego linami, latające skały i bezkresne szczeliny, a także grupę naukowców, którzy na z trudem skleconej flotylli statków po wielu latach podejmują próbę powrotu do domu, do własnego świata. Choć zakończenie ponownie jest boleśnie przewidywalne to sama historia, zagadkowy i niezrozumiały świat i tajemnicza historia naukowców porywają i ciekawią już od pierwszych stron.

Z tego co widzę na okładce "Obywatela" szykuje się przynajmniej jeszcze jeden tom opowiadań Kosika. Mam nadzieję, że okaże się on znacznie lepszy. Choć jak wspomniałem opowiadania nie przypadły mi jakoś szczególnie do gustu to zamierzam dać autorowi jeszcze szanse i sięgnę w przyszłości po jego powieści. Myślę, że tym którzy Kosika lubią, zbiór jego opowiadań powinien się spodobać, tym zaś którzy od "Obywatela" chcieliby zacząć swoją przygodę z autorem zdecydowanie to odradzam, bowiem mogliby się niepotrzebnie zrazić.
piątek, 13 lipca 2012 | By: Harashiken

Dylogia Hyperion

Autor: Dan Simmons
Tytuł: Hyperion, Upadek Hyperiona
Cykl: Hyperion Cantos (Dylogia Hyperion)
Wydawnictwo: MAG
Oprawa: twarda z obwolutą
Liczba stron: 1331
Status: posiadam
Ocena: 6+/6


Hyperion Cantos to najznamienitszy cykl sf jaki przyszło mi czytać. Co prawda nie mam wiele z tym podgatunkiem fantastyki do czynienia, ale jestem przekonany, że jeszcze przez długi czas nie przyjdzie mi czytać niczego lepszego. Długo zbierałem się do jego recenzji i przypuszczam, że przez tak znaczną zwłokę nie będę w stanie w pełni oddać geniuszu dzieła Simmonsa. Nie wypada jednak nic nie napisać, zatem postaram się opisać je jak najlepiej. Czterotomowy cykl Simmonsa można podzielić na dwie dylogie - Dylogię Hyperiona i Dylogię Endymiona, które choć dzieli 300 lat i przedstawiają bardzo różne historie są tak naprawdę jedną spójną całością i nie sposób czytać jednej bez znajomości drugiej.

Hegemonia człowieka, wielkie kosmiczne imperium ludzkiej rasy na które składają się setki planet, z których wiele połączonych jest siecią transmiterów, umożliwiających błyskawiczne podróże. Każda z planet Sieci posiada datasfery czyli coś na kształt lokalnego internetu. Datasfery ważniejszych dla Sieci planet połączone są w megasferę, czyli międzyplanetarną sieć informacyjną. Nad całą tą technologią czuwa TechnoCentrum, społeczność SI które wyewoluowały z dawnych komputerów i uniezależniły się od ludzi. W uniwersum przedstawionym przez Simmonsa Ziemia nie istnieje, została bowiem zniszczona setki lat temu wskutek nieszczęśliwego wypadku. Wypadek ten zapoczątkował podział ludzkości. Istniejące już wtedy TechnoCentrum udostępniło ludziom wiedzę dotyczącą transmiterów i napędów Hawkinga co zaowocowało błyskawiczną ekspansją na inne światy i początkiem Hegemonii. Znaczna jednak część ludzi, która nie ufała TC bądź też obwiniała siebie lub innych o incydent z Ziemią postanowiła całkowicie odciąć się od ludzkiej rasy, udali się w nieznane w przestrzeń kosmiczną na statkach wyposażonych w napęd Hawkinga. Napęd ten umożliwia poruszanie się z prędkością wielokrotnie większą od prędkości światła jednak skutkuje poważnym długiem czasowym względem miejsca wyruszenia. Ludzie ci, obecnie zwani Intruzami na skutek życia w nieważkości i wielu genetycznych modyfikacji praktycznie oderwali się od gatunku ludzkiego i żyją poza granicami działalności Hegemoni. Po latach jednak powracają jak się zdaje by stać się realnym zagrożeniem dla ludzkiego imperium.

Choć może to zabrzmieć absurdalnie przewaga agresora i jego niespodziewany atak okazują się tak niebezpieczne iż jedyną drogą ratunku mogą okazać się tajemnicze i legendarne Grobowce Czasu i istota zwana Chyżwarem. Istota ta jest obiektem kultu fanatyków i samobójców, istnieje nawet Kościół Chyżwara. To w porozumieniu z nim i za jego zgodą w okresie wzmożonej aktywności Grobowców kiedy wszystkie pielgrzymki są wstrzymane władze Hegemoni wysyłają siódemkę pielgrzymów będących ostatnią nadzieją ludzkości. Detektyw, Konsul, Naukowiec, Poeta, Templariusz, Ksiądz i Żołnierz. Zgodnie z wierzeniami pielgrzymi mogą przedstawić Chyżwarowi swoje historie i motywy, które ich tu skierowały i choć przeżyje tylko jeden będzie on mógł przedstawić swoją prośbę, którą Chyżwar powinien spełnić. Jak mówiłem może to zabrzmieć absurdalnie i banalnie, jednak zapewniam, że tak nie jest, trzeba jednak przeczytać samemu by przekonać się jak niezwykła to historia.

Pierwszy tom to siedem różnych opowieści. Główną z nich jest podróż pielgrzymów do Grobowców Czasu, która jest sprowadzona do absolutnego minimum. Lwią część książki zajmują historie pielgrzymów. Każdy z nich jest jakoś powiązany z Hyperionem i Grobowcami, nie zostali oni wybrani przypadkowo do tej misji dlatego też uważają, że ich historie mogą mieć znacznie, być może znajdą wśród nich informacje które zwiększą ich szanse na przeżycie. Opowieści pielgrzymów są niezwykłe i diametralnie od siebie różne, smutne, nostalgiczne, przerażające, każda jest inna, a i sposób wypowiedzi każdego z pielgrzymów zdecydowanie się od siebie różni, podkreślając tym samym ich odmienność. Godne podziwu jest to jak Simmons wykreował tak odrębne, szczegółowe i indywidualne charaktery.

Drugi tom to opowieść ukazująca znacznie szersze pole widzenia. Losy pielgrzymów schodzą na dalszy plan, od teraz nie będziemy ich już śledzić bezpośrednio, a poprzez dość szczególne ich połączenie z pewnym osobnikiem, o którym z racji wagi dla fabuły za wiele zdradzać nie mogę. Równorzędnym dla pielgrzymów wątkiem będą tu działania militarno-polityczne Hegemoni, próba zapobieżenia konfliktowi i uratowania nie tylko ludzi, ale i całego ich imperium, a także losy owego osobnika.

Simmons pisze w sposób wprost magiczny, wykreowany przez niech świat tak działa na wyobraźnię, iż nie sposób nie zachwycać się roztaczanymi przez autora wizjami. W dodatku dla mnie zawsze istniał świat poza tekstem autora. Podczas lektury gdzieś na granicy świadomości kreowały się niesprecyzowane i nieuformowane, nieuchwytne wręcz oczekiwania i wyobrażenia względem przedstawionego świata wywołujące niesamowite wrażenia. Nie sposób ująć tego w słowa, dość że lektura wywarła na mnie ogromne wrażenie. Nadmienić trzeba również, iż autor ma niezwykły talent. Podczas lektury do głowy czytelnika przyjdzie wiele pytań, które wraz z rozwojem fabuły oczywiście otrzymają odpowiedzi jednak... A no właśnie! Jednak te odpowiedzi choć udzielą pewnych wyjaśnień to nie tylko nie zaspokoją głodu wiedzy czytelnika, ale też rozmnożą pozostałe pytania co doprowadza do tego, że książkę się praktycznie połyka.

Jest to pozycja absolutnie obowiązkowa dla każdego amatora sf, nie zalecam jej jednak na początek przygody z sf bowiem trudno by było potem znaleźć pozycje, które dorównałyby Simmosowi co też mogłoby skutkować zniechęceniem się do tego podgatunku.
wtorek, 10 lipca 2012 | By: Harashiken

Kolory Sztandarów

Autor: Tomasz Kołodziejczak
Tytuł: Kolory Sztandarów
Cykl: Dominium Solarne
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 370
Status: posiadam
Ocena: 6+/6

Wszyscy chyba wiedzą jakie mam podejście do rodzimej fantastyki, tym razem jednak był to strzał w dziesiątkę. Ocena jest jak najbardziej subiektywna, nie miałem do tej pory za wiele do czynienia z sf, a to co z tego gatunku liznąłem to ledwie kropla w morzu w porównaniu do przerobionych fantasy. Ponadto z polską sf miałem styczność w postaci ledwie kilku dzieł Lema i dwoma innymi książkami raczej mało znanych autorów. Może właśnie z uwagi na słabe obycie z sf dzieło Kołodziejczaka tak mnie wciągnęło i zachwyciło i może inni bardziej obeznani z gatunkiem spojrzeli by znacznie bardziej krytycznie. Dla mnie jednak jest to kolejna niezwykła książka, rzadko bowiem zdarza mi się by autentyczną przyjemność sprawiała mi sama czynność czytania, bym nie sprawdzał ile stron zostało do końca rozdziału, ile jeszcze do przeczytania, bym parł do przodu nie chcąc już poznać treści i przejść do następnej książki, a radował się każdym zdaniem i wsiąkał w książkę nie patrząc na zegar. Na palcach jednej ręki można policzyć pozycje zaliczające się u mnie do takiej kategorii. Simmons ze swoim cyklem Hyperiona, Grzędowicz z PLO, ostatni wydany tom Koła Czasu, Wegner z Meekhanem i King z Mroczną Wieżą, a teraz dołącza do nich również Kołodziejczak z Kolorami Sztandarów, a pewnie i z całą dylogią Dominium Solarnego.

Dominium Solarne można przyrównać do Hegemonii Simmonsa, a przynajmniej takim było kiedyś. Obecnie jest to wielka machina, w której jednostki ludzkie i ich potrzeby nie są istotne, są tylko trybikami w wielkim systemie napędzanym przez rządzę wiedzy i władzy. Dominium wyzbyło się do szczętu moralności, zdolne jest do wszystkiego by osiągnąć swoje cele i przekracza wszelkie granice. Zapuszcza macki w kolejne sfery życia jego mieszkańców, poprzez kolejne nowinki technologiczne i gadżety tworzy sobie drogę do kontroli i podporządkowywania sobie ludzi, surowo traktuje tych którzy nie godzą się na wdrażanie nowych technologi, chipów i wszczepów, wykorzystuje nieposłuszne, zbuntowane kolonie do testowania nowych technologii i broni. W zasadzie nie są to fakty podane przez samego autora, o podobnych sprawach dowiadujemy się pośrednio od głównego bohatera, więc jest to poniekąd subiektywna ocena Dominium jednak już chwilę po zetknięciu się z ich metodami pracy czy podejściem do różnych tematów okazuje się, iż jest to obraz jak najbardziej prawdziwy.

Daniel Bondaree jest tanatorem na planecie Gladius w układzie Multona. Tanator stanowi prawne ramię Gladiusa, to sędzia i egzekutor, wyszkolony w żołnierskiej sztuce człowiek, mający uprawnienia do wydawania wyroków "na miejscu". Układ Multona to jedna z niewielu niezależnych od Dominium Solarnego ludzkich koloni, Gladius zaś jest jej najbardziej rozwiniętym i zaludnionym punktem. Od pewnego czasu zmaga się z najazdem obcej cywilizacji, która niszczy miasta, porywa mieszkańców i prowadzi na nich dziwaczne, ohydne eksperymenty. Kiedy wydawać by się mogło, że Gladius jest na najlepszej drodze do zyskania nad najeźdźcami przewagi, a przynajmniej zrównania się z nimi technologicznie i rozpoczęcia ofensywy do głosu zaczynają coraz mocniej dochodzić ulegli. Powszechnie uległymi zwie się ludzi, których przekonania polityczne dążą do oddania Gladiusa w ręce Dominium w celu uzyskania pomocy w walce z korgardami.

"Kolory Sztandarów" czyta się bardzo przyjemnie, Kołodziejczak świetnie przechodzi od akcji do opisów i wyjaśnień by po chwili znów wrócić do bieżących wydarzeń. Książka jest lekka i przyjemna, czysta rozrywka co jednak nie znaczy, że jest radosna i optymistyczna. Zakończenie ostatniej części jest typowym cliffhangerem i tak mogłoby pozostać by czytelnik z zapałem sięgnął po drugi tom, autor jednak zdecydował się na epilog, który zamyka większość spraw i otwiera nowy rozdział w życiu Daniela. Dzięki temu jeszcze chętniej sięgniemy po kolejny tom by dowiedzieć się co jeszcze autor wymyślił dla naszego bohatera i jego rodzinnej planety.

Ja sam nie mogę się już doczekać sięgnięcia po kolejny tom, z doświadczenia jednak wiem, że obcowanie z tym samym uniwersum kilka razy pod rząd źle wpływa na mój odbiór książki, dlatego też planuję powrócić do Dominium dopiero po kilku innych pozycjach.
sobota, 7 lipca 2012 | By: Harashiken

Czarna Bandera

Autor: Jacek Komuda
Tytuł: Czarna Bandera
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Oprawa: twarda
Liczba stron: 382
Status: posiadam
Ocena: 4+/6

"Czarna Bandera" to moje pierwsze spotkanie z Jackiem Komudą. Jak zapewne wiecie nie pałam wielkim zapałem do rodzimej fantastyki, a tenże autor lubuje się w dodatku w osadzaniu swoich historii w realiach Rzeczypospolitej Szlacheckiej co już zupełnie mi nie w smak. "Czarna Bandera" to jednak pierwsza tak znaczna zmiana klimatu w dorobku Komudy. Co prawda wcześniej jeszcze wydane zostały dwa tomy "Galeonów Wojny" te jednak również zawierają w sobie znaczną dawkę polskiej historii, zaś Bandera jest marynistyczną powieścią w klimatach pirackich z pewną dozą nadprzyrodzonych elementów zupełnie odmienną od rodzimych realiów.

Na Banderę składa się sześć nie powiązanych ze sobą fabularnie opowiadań. Każde z nich z powodzeniem mogłoby być realistyczną opowieścią o pirackich wyczynach gdyby nie elementy nadprzyrodzone wdzierające się powoli w miarę rozwoju akcji. Opowiadania są bardzo wyraziste nieraz brutalne i wulgarne w pełni oddając piracki żywot. Nie ma tu miejsca na litość, życie wilków morskich to nieustanna walka o przetrwanie tak z marynarką jak i nie zawsze przychylnym losem. Całość dopełnia marynistyczna terminologia, którą Komuda posługuje się z dużą wprawą, a także pełne morskiego slangu i wulgaryzmów dialogi bohaterów. Z drugiej strony jednak u niektórych wspomniana terminologia może doprowadzić do zawrotów głowy bowiem dla laików nie zainteresowanych morzem część dialogów będzie kompletnie niezrozumiała. 

Opowiadania nie są jak już wspomniałem powiązane fabularnie mają jednak ze sobą wiele wspólnego. Bohaterami każdego są typy spod ciemnej gwiazdy lub choćby osobnicy o wątpliwej uczciwości łasi na bogactwa i kobiece wdzięki. Każde z opowiadań zaczyna się dość sztampowo od wyprawy po skarb, na nieznaną wyspę czy pieniądze w innej postaci, tak czy inaczej motywem przewodnim zawsze jest chciwość. Jeśli można by uznać bohaterów, których losy śledzimy za tą "dobrą" stronę to rzec trzeba, że w opowiadaniach składających się na "Czarną Banderę" dobro nie ma życia usłanego różami i nie zawsze triumfuje, bo jak to w życiu bywa, a w pirackim żywocie jeszcze częściej, niepohamowana chciwość nie prowadzi do niczego dobrego. 

Mało kiedy tekst jest w stanie mnie poruszyć, częściej to wizja wzbudza moje emocje, a biorąc jeszcze pod uwagę ilość brutalności w dzisiejszych czasach w filmach, internecie, telewizji czy innych mediach to nie dziwię się, że i "Czarna Bandera" mną nie wstrząsnęła. Jeśli mam być szczery to zdecydowanie bardziej brutalny i wstrząsający był w swoich książkach Feliks W. Kres. Jednak uważam, że mimo wszystko należy przestrzec potencjalnych czytelników iż nie jest to książka miła, kolorowa i wesoła. Krew leje się strumieniami, głowy spadają z karku, ludzie są mordowani na najróżniejsze sposoby, torturowani czy gwałceni, jednym słowem piractwo pełną gębą. Zatem jeśli to was nie odstrasza, a wręcz odwrotnie marynistyczno-pirackie klimaty to to do czego was ciągnie to polecam, na pewno nie będzie to czas stracony. Ja zaś ze swej strony rzecz muszę, że choć jest to książka naprawdę dobra to dochodzę do wniosku, iż morze nie jest miejscem dla mnie. Zdecydowanie bardziej preferuję ląd, miecz i magię :)
wtorek, 3 lipca 2012 | By: Harashiken

Miecz Prawdy tomy 1-4

Autor: Terry Goodkind
Tytuł: Pierwsze Prawo Magii, Kamień Łez, Bractwo Czystej Krwi, Świątynia Wichrów
Cykl: Miecz Prawdy
Wydawnictwo: Rebis
Oprawa: miękka
Liczba stron: 2904
Status: chcę mieć
Ocena: 4+/6

Jako, że po cykl Miecz Prawdy sięgnąłem już bardzo dawno temu nie byłbym w stanie rozdrobnić się na poszczególne tomy i dlatego też zamierzam wspólnie opisać pierwsze cztery przeczytane przeze mnie części zanim przeproszę się z cyklem i ruszę z następnymi.

Miecz Prawdy to kolejny obok Koła Czasu i Malazańskej Księgi Poległych, literacki moloch spod znaku fantasy składający się z kilkunastu tomów. Cykl Goodkinda liczył sobie do niedawna jedenaście tomów plus prequel, a jakiś czas temu autor wrócił do swojego dzieła i dopisał jeszcze jeden tom. Nie tylko czytałem pierwsze cztery, ale mam też pewne pojęcie na temat kolejnych, mogę więc z czystym sumieniem powiedzieć, że MP na pewno nie dorównuje dwóm wyżej wymienionym dziełom niemniej jednak na pewno jest wart uwagi.

Jego najgorszą wadą jest epizodyczność, bo choć cały cykl przedstawia jedną spójną historię to każdy tom wiąże się z walką z innymi przeciwnościami losu, z innym pomniejszym wrogiem, który nie pozwala naszym bohaterom skupić się na tym na czym powinni, a czym jest już praktycznie od trzeciego tomu Imperialny Ład na czele z Imperatorem Jagangiem.

Ale do rzeczy i od początku. Głównym bohaterem jest Richard Cypher i to on jest najmocniejszym elementem cyklu. Bohater, którego poznajemy jako leśnego przewodnika nie muszącego martwić się niczym więcej niż tym co włoży danego dnia do garnka. W miarę upływu akcji Richard dowiaduje się o swoim dziedzictwie, a na jego barki spada niebagatelna odpowiedzialność. W mojej opinii Goodkind genialnie zarysowuje zmiany jakie przechodzi główny bohater z beztroskiego choć poważnego i odpowiedzialnego wiejskiego chłopaka do osoby, która decydować będzie o losach tysięcy ludzi. Richard z początku niechętny do przyjęcia nowych obowiązków okazuje się być człowiekiem świetnie sprawdzającym się w nowej roli i choć z chęcią powróciłby do starego trybu życia sumiennie wypełnia powierzone mu zadania. Nie sposób jednak wypowiedzieć się pełniej nie zdradzając za wiele z fabuły pierwszego tomu, zatem na tym poprzestanę. Richard jest bardzo błyskotliwy, nie raz może swoją przenikliwością zaskoczyć czytelnika, który przyzwyczajony jest do sytuacji, w których bohater pewnych rzeczy domyśla się dopiero kiedy już jest niemal za późno, lub też ktoś inny musi mu na nie zwrócić uwagę. Jednak żeby równowaga została zachowana zdarza się, iż momentami nasz bohater bywa boleśnie głupi choć są to chwile które można policzyć na palcach jednej ręki.

Jak wspomniałem najmocniejszym elementem jest Richard, poza tym Goodkind rewelacyjnie sprawdza się w tworzeniu sytuacji, charakterów czy reguł w zetknięciu z którymi w czytelniku aż wrze od słusznego gniewu na jawną niesprawiedliwość i ludzką ciemnotę. Na pewno każdy z was nie raz miał do czynienia z postaciami czy sytuacjami w literaturze, kiedy to miał ochotę wziąć udział w jakiejś scenie i wbić miecz w bebechy jakiegoś gnojka, czy powiedzieć kilka słów do słuchu obłudnym i niemoralnym charakterom. Były? Ano były i zapewne w bardzo wielu przypadkach nic nie szło po myśli czytelnika. U Goodkinda wszystko wygląda inaczej, często wprost po naszej myśli, z ulgą i satysfakcją możemy obserwować zdziwienie na twarzach tych "złych" kiedy spotyka ich wymarzony przez nas los. Może nie brzmi to tak jak miało brzmieć, ale jakoś nie jestem w stanie lepiej wyrazić moich odczuć towarzyszących podobnym scenom. Kiedy do nich doczytacie na pewno zrozumiecie co miałem na myśli.

Świat MP podzielony jest na trzy strefy, które przedzielają ustanowione przed wieloma laty magiczne granice uniemożliwiające migracje. Strefy te to Westland, Midlandy i D'Hara. Pierwsza z nich Westland zamieszkiwana jest przez ludzi, którzy nie chcą mieć nic wspólnego z magią. Kiedy ustanawiane były granice to właśnie tam przenieśli się wszyscy ci, którzy chcieli wieść spokojne życie, pozbawione niezrozumiałej magii. W Midlandach zaś magia jest już znacznie bardziej powszechna, panuje tutaj rada mając siedzibę w Aydindril na czele której stoi Matka Spowiedniczka i w której znajduje się wieża czarodziejów. D'Hara zaś to militarny kraj rządzony twardą ręką przez czarodzieja i tyrana Rahla Posępnego. Wszystko zaczyna się komplikować kiedy bariery z niewyjaśnionych przyczyn stają się coraz cieńsze i przejście między nimi nie jest już niemożliwe.

Jeśli mowa o świecie to należy przybliżyć dwa najważniejsze magiczne stanowiska, Matkę Spowiedniczkę i Poszukiwacza Prawdy. Spowiedniczki to kobiety obdarzone specyficzną mocą, która skazuje je na samotne życie. Osoba porażona mocą Spowiedniczki traci wolną wolę i staje się do końca życia marionetką gotową spełniać każde żądanie tejże. Dlatego też noszą takie miano, kiedy zapada gdzieś na oskarżonego wyrok śmierci, a są wątpliwości w jego poprawność wtedy przybywa Spowiedniczka by przesłuchać go z użyciem mocy. Jednakże w przypadku niewinności niewiele można już zmienić, jedyne co może w takiej sytuacji zrobić Spowiedniczka to zmienić biedaka w zwierzę co w pewnym stopniu osłabia wpływ mocy i pozwala nieszczęśnikowi  na większą swobodę. Matka Spowiedniczka to kobieta stojąca na czele wszystkich Spowiedniczek i posiadająca większą od nich moc. W przeciwieństwie do pozostałych, które mogą używać swojej mocy raz na dzień, Matka może to robić co dwie godziny. Jak już wspomniałem Spowiedniczki są również skazane na samotność z uwagi na to iż w przypadku zbliżenia nie są w stanie kontrolować mocy, co prowadzi do niechybnie tragicznych skutków. Poszukiwacz Prawdy zaś to osoba jedyna w swoim rodzaju, mianowany przez Pierwszego Czarodzieja, otrzymuje Miecz Prawdy i obowiązek dbania o lud Midlandów i niesienia sprawiedliwości. Poszukiwacz stoi ponad prawem, on sam w pewnym sensie stanowi ucieleśnienie prawa i sprawiedliwości i nawet królowie winni mu okazywać szacunek i podporządkowywać się jego decyzjom i osądowi. To wszystko ma jednak swoją cenę, magia wymaga równowagi i ceną za śmierć niesioną z użyciem Miecza Prawdy jest ból doświadczony przez tego kto go dzierży i jedynie słuszny, sprawiedliwy gniew na prawdziwie winnych jest w stanie zagłuszyć owy ból. Ponadto Miecz Prawdy posiada jeszcze inne właściwości, które dane nam będzie odkryć w trakcie lektury kolejnych tomów cyklu, jednakże ja nie będę tu wszystkiego zdradzał.

"Miecz Prawdy" nie jest cyklem wybitnym, jednak z uwagi na swój rozgłos uważam, że nawet amatorzy powinni spróbować sięgnąć po pierwszy tom, a zagorzali czytelnicy wyrobić sobie opinię sami po przeczytaniu jeśli nie całości to chociaż kilku części.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...