wtorek, 3 grudnia 2013 | By: Harashiken

Po przerwie czyli stosik #28

Cóż dawno mnie tu nie było i strasznie się opuściłem nie tylko w recenzjach ale i w samym czytaniu. Mam nadzieję, że przyszły rok przyniesie zmiany i więcej chęci i czasu, a tymczasem pozostało mi publikowanie stosików :) Oto najnowszy, a planuję jeszcze jeden na święta choć osiągnałem już punkt w którym musze upychać nowe nabytki gdzie się tylko da.


Kolejny Dick, uzupełnienie brakujących Eriksonów, skompletowanie "Diuny", brakująca Uczta Wyobraźni, a na samym wierzchu ostatnia część starego wydania historii o Czarnej Kompani.
sobota, 7 września 2013 | By: Harashiken

Polcon 2013

Kolejny konwent, kolejne doświadczenia i kolejne porażki organizatorów Polconu. Do trzech razy sztuka, jeśli i ten w Bielsku-Białej zaliczy fail uznam, iż nad Polconem ciąży jakaś klątwa. We Wrocławiu można było ponarzekać na przepełnione sale, ciasne korytarze, ogólny brak przestrzeni, zamieszania z rozdawaniem przez autorów autografów (brak wyznaczonych miejsc i dyżurów), zamieszanie z odwoływaniem czy zamianą terminów paneli itp. Niemniej jednak wyniesione wrażenia były jak najbardziej pozytywne, a wpadki do przełknięcia. Polcon 2013 w stolicy naszego kraju Warszawie zaczął się od epickiego faila, który mnie osobiście odebrał siły i chęci.

Polconowe gadżety.
Organizatorzy popisali się niezwykłą błyskotliwością i pomysłowością, nie mam pojęcia czy była to chęć odróżnienia warszawskiej edycji Polconu od innych Polconów i innych konwentów czy po prostu bezmyślność, głupota i kompletny brak wyobraźni pomysłodawcy rozwiązania, o którym zaraz powiem. Otóż jak na każdym konwencie istnieje możliwość kupna akredytacji osobiście na miejscu, ale także druga korzystniejsza opcja, rejestracji na stronie, podania danych, które i tak należy podać przy akredytacji i dokonania wpłaty za pośrednictwem przelewu. Jeśli jesteśmy pewni, że na konwent się wybierzemy opcja nr 2 jest najkorzystniejsza, przyśpiesza akredytację, rozładowuje kolejki i uprzyjemnia życie konwentowiczom i obsłudze. W końcu wszystko sprowadza się jedynie do wylegitymowania konwentowicza, potwierdzenia danych z bazy zarejestrowanych, założenia opaski i wydania wszystkich konwentowych gadżetów. Tak przynajmniej powinno być z założenia. W praktyce na tegorocznym Polconie szybciej posuwała się kolejka po akredytację dla ludzi, którzy się nie rejestrowali. Dlaczego? Otóż ktoś jak już wcześniej wspomniałem inteligentny i błyskotliwy wpadł na pomysł by akredytacje były... imienne!! Na każdej zarejestrowanej akredytacji widnieje wielkie imię i nazwisko uczestnika, a pod nim drobnym druczkiem podany nick. Drodzy organizatorzy, gdybym chciał się legitymować na konwencie moimi danymi personalnymi przykleiłbym sobie na czole dowód osobisty. Szkoda, że nie dodali jeszcze adresu zamieszkania i numeru kontaktowego (np. na wypadek zgubienia akredytki, ot taki ukłon w stronę konwentowicza można by przecież zrobić nie?).

Rozpoczęcie akredytacji o godzinie 12, pierwsze prelekcje o 16, na miejscu byliśmy już koło 11 ale przyszło nam jeszcze czekać na znajomą. Ostatecznie o 12 byliśmy przy akredytacji. Cztery godziny to wystarczająco dużo czasu by zdobyć akredytację, pojechać rozłożyć rzeczy w szkole, wrócić, zjeść coś i zdążyć na pierwsze panele. No chyba, że stoi się po akredytację 5 godzin i to tylko dzięki kilku szczęśliwym zbiegom okoliczności. Ci którzy mieli mniej szczęścia stracili cały pierwszy dzień konwentu, nam udało się załapać na dwie prelekcje. Jak już mówiłem dzięki odrobinie szczęścia udało się wszystko trochę przyśpieszyć. Wpierw wciśnięcie się w kolejkę kilka metrów od wejścia do głównego budynku dzięki uprzejmości znajomych (dzięki Sylwia i Mateusz, jesteście najlepsi!), potem ponad godzina stania w jednym miejscu, ani kroku do przodu i wspaniała wiadomość, o tak, pierwsze pół godziny to poślizg, a kolejne pół to oczekanie na przywiezienie akredytacji z drukarni (czy skądinąd). Niemniej nie oznaczało to, że coś się ruszyło, kolejka, tłok, zupełny brak informacji o tym, że istnieją dwie kolejki (jedna dla zarejestrowanych, druga dla niezarejestrowanych), gżdacze nie potrafiący zapanować nad chaosem, organizatorzy, którzy nie wiedzą co się dzieje i średnio jedna akredytacja na pół godziny. Po prostu cudo, takie rzeczy tylko w Polsce! Ostatecznie kiedy udało nam się dostać do środka budynku w okolicę stanowisk akredytacyjnych, akredytacje zostały wyniesione na zewnątrz (nie pytajcie czemu, nawet orgowie nie wiedzieli, że zostały i kto z tym pomysłem wyszedł). Więc na zewnątrz po plakietki akredytacyjne, szukać w tym chaosie gżdacza, który ma pudło z akredytkami na literę Twojego nazwiska, potem powrót po resztę rzeczy, reklamówkę z informatorem, smyczkę, plastik do akredytki i całą resztę, tym razem już priorytetowo bez kolejki czyli w kolejce kilkuset osób równie priorytetowych jak Ty. Gdyby nie to, że jedna osoba od nas poszła zgłosić i wyjaśnić to zamieszanie do orgów i została zapamiętana (co poskutkowało wydębieniem dla nas ww. itemów bez kolejki) stalibyśmy tam jeszcze pewnie z 3-4h. Na koniec okazało się jeszcze, że ze środka gdzie staliśmy na samym początku, trzeba było zabrać rozpiskę paneli bo tego nie dołączono do reklamówek!!

Potem szkoła, podróż do szkoły i kolejne trudności tym razem już łatwiejsze do przełknięcia. Szkoła na pierwszy rzut oka pilnowana przez ludzi nie wiem skąd, gżdaczy może z dwóch tam w dzień widziałem, w dodatku udostępniona tylko jej niewielka część, sala gimnastyczna otwarta od 22 bo jakiś trening trwa, a korytarze w dzień muszą być puste, więc rzeczy trzeba zwijać i oddawać do depozytu. Dodam tylko, że negocjowano to przez pół roku i dopiero kilka dni przed rozpoczęciem konwentu pojawiły się informacje o szkole. Natomiast 2 dnia konwentu pojawiły się informacje o nowej drugiej szkole, rychło w czas drodzy organizatorzy, tylko komu będzie się chciało jej szukać i przenosić i tak już wiele osób straciło jeden dzień konwentu.

Jeśli chodzi o wpadki, należy jeszcze wspomnieć o mętnym planie. W budynku japońskim były sale, w których odbywały się zarówno panele dyskusyjne jak i konkursy, a plan nie pomagał w ich rozróżnieniu. Niektóre sale nie były uwzględnione na rozpisce, albo były inaczej podpisane. Bywały zamieszania z salami, przenosiny do większych, braki w informacjach o odwołaniu panelu czy zamianie z innym. Nie ma się jednak co dziwić, że sprawy informacyjne i organizacyjne leżą skoro Warszawa nie przyłożyła się do należytego traktowania gżdaczy, a co za tym idzie chętnych zapewne było mniej. To że przyjeżdżasz pomóc, tracisz prelekcje, użerasz się z tym chaosem, tracisz nerwy i zdrowie, to nie wystarczy byś mógł wejść za darmo, albo chociaż za połowę ceny. Każdy gżdacz czy prowadzący panel płacił pełną kwotę akredytacji (z możliwością zniżki grupowej, tak jak i zwykli konwentowicze, którzy rejestrowali się grupowo), w zamian za swoją pracę prowadzący otrzymywali konwentową walutę (o istnieniu której dowiedzieliśmy się dopiero 2-3 dnia konwentu), a gżdacze koszulki, upominki, zaświadczenie o odbyciu wolontariatu i zapewnienie wyżywienia na czas gżdaczowania. Nie mam porównania do innych konwentów, nigdy nie zaglądałem za kulisy, ale wydaje mi się, że takie rzeczy są normą, absolutną podstawą jaką otrzymują ci, którzy przyczyniają się do tworzenia konwentu, a należałoby się im coś więcej. Wiem tylko, że na Pyrkonie przewidziane są zniżki, a nawet darmowe wejścia zarówno dla prelegentów jak i gżdaczy, w zależności od ich wkładu w konwent, a koszulki czy opieka są oczywistą oczywistością.

No ale do rzeczy, ponarzekałem, ponarzekałem, ale wypadałoby teraz napisać coś konkretnego. Jeśli chodzi o prelekcje i panele to uczęszczałem głównie na te spod znaku mangi, anime i Japonii, z fantastycznych i mniej lub bardziej fantastycznych była to prelekcja o szalonych naukowcach prowadzona przez Krzysztofa Piskorskiego, w ramach spotkań z autorami odwiedziłem pogadanki z Jakubem Ćwiekiem i Magdaleną Kozak. Nic lepszego nie było wtedy do roboty, więc towarzyszyłem komuś komu zależało na tych spotkaniach, natomiast w czasie tych na których mnie zależało było coś bardziej interesującego. Poza tym Wegner jeszcze nie raz zagości na konwentach i będzie okazja go posłuchać, natomiast Kosik cóż, może i błędnie ale założyłem, że znów 3/4 pogadanki będzie o jego młodzieżowych dziełach i planach kolejnych młodzieżowych dzieł niż dojrzałej fantastyce więc odpuściłem na rzecz innych prelekcji.

Udało się zdobyć zamierzone podpisy czyli Robert M. Wegner, Rafał Kosik (nareszcie! po nieudanym polowaniu na tegorocznym Pyrkonie), Tomasz Kołodziejczak i oczywiście najważniejszy Lavie Tidhar. Choć tłumów nie było to blisko było by ominęła mnie ta przyjemność. Dzień wcześniej przed spotkaniem autorskim udało mi się ledwo wyrwać dwa ostatnie egzemplarze "Osamy", najwidoczniej rozeszły się jak świeże bułeczki, albo po prostu było ich mało. Natomiast zawiodłem się w sprawie spotkania autorskiego z Kołodziejczakiem. Otóż pech jak widać nie opuścił tego konwentu po pierwszym dniu, bowiem ilustrator Tomasza Przemysław Truściński, który miał do każdego autografu na "Czerwonej mgle" dodać od siebie rysunek nie mógł przybyć w wyznaczonym terminie. Spotkać go można było dopiero dzień później tj. w sobotę, ale niestety utknąłem wtedy zupełnie gdzieś indziej i wyleciało mi to z głowy. Cóż może uda się to kiedyś nadrobić. Wspomnieć należy też o miejscu na dyżury autografowe. Było to małe pomieszczenie z kilkunastoma miejscami siedzącymi, będące klubem studenckim PW i raczej niezbyt nadające się na rozdawanie autografów.  Przy naszym zagranicznym gościu było dość pusto i nie było problemu, zaś na dyżurze Kołodziejczaka i Wegnera zaczęły się ustawiać kolejki. Ja jednak miałem to szczęście, że uwinąłem się szybko więc nie wiem jak sprawa wyglądała później.











Kwestia stoisk wyglądała jak na zeszłorocznym Polconie, przewaga gier planszowych, rpg, bitewniaków i akcesoriów do nich, kilka stoisk z książkami z których królowało w centrum wydawnictwo Solaris i trochę przypinek, na które ja zwykle na konwentach poluję. Jednym słowem nie umywa się to nawet do tego co można zobaczyć na Pyrkonie, nie narzekam jednak bo oto efekty mojego polowania: 


Efekt zniżek na solariosowym stoisku.
Na plus należy zaliczyć atmosferę, pomimo wpadek nastrój i tak był radosny, a ludzie pozytywnie nastawieni. Dochodzę jednak do wniosku, że jeśli człowiek wybiera się na Pyrkon może w ciemno stawiać na rewelacyjne panele i świetną zabawę, w przypadku zaś Polconu w pierwszej kolejności trzeba brać pod uwagę możliwość spotkania z ludźmi, z grupą znajomych, cieszyć się wspólnie spędzonym czasem, korzystać z możliwości poznania nowych ludzi itp, zaś panele i prelekcje traktować jako dodatek do tego wszystkiego. W ten sposób na pewno człowiek się nie zawiedzie. 
wtorek, 6 sierpnia 2013 | By: Harashiken

Ogrody Księżyca

Autor: Steven Erikson
Tytuł: Ogrody Księżyca
Cykl: Malazańska Księga Poległych
Wydawnictwo: MAG
Oprawa: miękka
Liczba stron: 589
Status: posiadam
Ocena: 5+/6

Po miesiącach, a może i latach zapatrywań i podchodów sięgnąłem wreszcie po epickie dzieło Erikson'a. Z racji braku zdecydowania w kwestii wydania padło na formę ebooka, ale jak widać po ostatnim (w chwili pisania tych słów) stosiku, lektura zaowocowała czterema pierwszymi tomami na półce.

Przyznam, że o Eriksonie wiele słyszałem, wiele się naczytałem i miałem duże oczekiwania. Do tej pory w tej materii moim numerem jeden był Robert Jordan i... póki co tak zostanie. Nie można nie przyznać, że Malazańska Księga Poległych ma potencjał, nie da się jednak pierwszym tomem przebić wielotomowego cyklu. Jak będzie potem to dopiero zobaczymy.

Wiele osób straszy tym, że Erikson w pierwszym tomie zawiązuje zbyt wiele wątków, długo je rozwija i sprawia wrażenie zagubionego by dopiero na ostatnich kilkuset kartach pognać wydarzenia na łeb na szyję i wszystko ze sobą pięknie zgrać. Przyznaję, akcja rozkręca się pod koniec, ale to jakiś wyjątek w literaturze nie jest, a mnogość wątków zaprawionego czytelnika nie powinna wprawić w konfuzję.

Duży plus należy się za fakt, iż Erikson potrafi tworzyć wątki, które są dla czytelnika interesujące w tym samym stopniu, bądź też może nieinteresujące w tym samym stopniu, to już zależy od was. Tak czy inaczej nie zdarzyła mi się sytuacja by nudziły mnie jakieś wydarzenia czy postacie i bym chciał jak najszybciej czytać o innych, bądź też skupić się tylko na jednym wybranym wątku, który był najbardziej interesujący. Podobnie sprawa wygląda z samymi bohaterami, ciężko wybrać sobie ulubieńca, zwłaszcza że postacie są tu szare, nie ma skrajnie dobrych czy złych, a kiedy już kogoś wybierzemy może się okazać, że jego cele kolidują z kimś innym komu także źle nie życzymy.

Nakreślone w "Ogrodach Księżyca" wydarzenia to tylko wstęp do wielkiej całości. Genabackis i Wolne Miasta to tylko część ogromnego świata i jeden etap w podbojach Imperium Malazańskiego. Ale już ten pierwszy tom zapowiada rychłe kłopoty i ruchy innych potęg mogących co prawda zagrozić cesarzowej Laseen, ale także zniewolić ludność, której przecież teraz nie żyje się aż tak źle. Ponadto stworzony przez Eriksona świat to świat, w którym nie tylko ludzie prowadzą swoje gry. Mamy tu także rozległy panteon bóstw, a także ascendentów z których już w tym pierwszym tomie wielu miesza paluchami w kotle ludzkiego świata, a inni czekają za kulisami by w przyszłych tomach wkroczyć na scenę. Poza ludźmi i bogami wplecione zostają w świat także inne istoty, pradawne rasy, smoki, demony, a wszystko to tworzy spójną i logiczną całość.

Pierwsze wrażenie naprawdę bardzo dobre i z niecierpliwością spoglądam na kolejne tomy stojące na półce. Zachęcam każdego kto ma trochę czasu i nie boi się rozległych, wielowątkowych dzieł.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...