środa, 8 lipca 2015 | By: Harashiken

To już jest koniec...

To już jest koniec moi drodzy (jeśli ktoś jeszcze tu zagląda) i czas najwyższy zamknąć ten interes. Nigdy nie pisałem profesjonalnie, nigdy nie pisałem na zlecenie, nie pisałem też dla innych, pisałem dla siebie. Blog powstał by mieć własny kącik dla siebie, miałem boom na czytanie książek który trwał prawie dwa lata, kończyłem jedną i sięgałem po drugą, choć nigdy nie zbliżyłem się nawet do wyników innych znajomych blogerów. Wtedy też, czytając miałem coś do powiedzenia, miałem swoje przemyślenia, rozważania czy refleksje po lekturze, które chciałem przelać na papier, a przy okazji mogłem je zakończyć poleceniem bądź odradzeniem ewentualnym bywalcom bloga.

Potem boom się skończył, tempo czytania zmalało, wciągnęły mnie inne sprawy, złapał odjutronizm. Efekt był taki, że ciężko mi było przy książce wysiedzieć. Jasne, nadal chciałem czytać, chciałem poznać te historie, chciałem nadrobić zaległości bo książek na półkach przybywało, a w statystykach przeczytanych nie malało, ale siadałem czytałem 2-3 strony i odkładałem książkę odciągany innymi sprawami. Do tego doszedł też fakt, że nie bardzo wiedziałem co napisać po skończonej lekturze. Fajna? Podobało mi się? Wszystko okej? Miałkie, wyświechtane, schematyczne posty byłyby bez sensu, może to śmierć weny, może efekt tego że za bardzo rozwlekałem lekturę i wszelkie przemyślenia rozpływały się rozciągnięte w czasie.

Kontynuowanie nie miało sensu, próbowałem coś pisać, ale znów rozwlekałem to, odkładałem na później, szczegóły przeczytanych pozycji rozmywały się i traciłem wątek. I znów odjutronizm w napisania i opublikowania tego kończącego posta, ale także nadzieja, że to minie, że znów przyjdzie wena, chęć i coś powstanie. To już ponad rok od jakiejkolwiek działalności, wpisów i w miarę sensownych recenzji skleconych ostatnimi resztkami weny. To nie ma sensu i pora powiedzieć sobie dość.

Czy wrócę? Nie wiem, blog będzie i nie zniknie na pewno, a przynajmniej nie z mojej ręki. Jeśli nadal ktoś tu zagląda, komuś się podobało i ktoś liczy na więcej, nasłuchujcie, może wrócę. Jeśli znów będę miał chęci i coś do przelania na papier wrócę na pewno, ale sądząc po ostatnim okresie, ostatnim roku, a nawet więcej - cóż jest na to niewielka szansa. Tak więc póki co żegnajcie!
czwartek, 27 marca 2014 | By: Harashiken

Pyrkon 2014

Tegoroczny Pyrkon rozsławił się kontrowersyjnym filmikiem promującym. Nie, nie będę tu się o nim rozpisywał bowiem w internetach wszelkiej maści opinii jest już dosyć. Można by powiedzieć, że to niepotrzebny szum, ale z drugiej strony główna medialna zasada: nie ważne jak o tobie mówią, ważne żeby mówili sprawdza się. Rok temu Pyrkon osiągnął liczbę 12 500 odwiedzających osób, w tym roku rekordowe 12 tysięcy padło już w piątkowy wieczór, a ostatecznie po trzech dniach imprezy przez teren konwentu przewinęło się 24 tysiące osób. Duży wpływ miała na to na pewno reorganizacja akredytacji. Ta była możliwa już w czwartek od 10 do 18, poza tym zniesiono opaski na rękę (szkoda bo dla mnie były one symbolem tego konwentu i miło je wspominam), jednak dzięki temu zabiegowi możliwe stało się kupno akredytacji dla znajomych, a to znacznie rozładowało kolejki i przyśpieszyło przebieg akredytacji. 


Nie mam wiele do powiedzenia na temat prelekcji bowiem w tym roku wypadło to słabo i na niewielu byłem. Zwykle prelekcje i panele wypełniały cały mój dzień, a czasem i noc, tym razem z tych interesujących uzbierałem ledwie kilka na dzień, a gros tych z pod znaku mangi i anime odpadło z powodu beznadziejnych warunków. Dwie sale m&a umieszczone w hali noclegowej w dodatku połączone ze sobą, posiadające beznadziejną akustykę. Nie dość, że często gęsto nawet tam rozkładali się ludzie do spania, to akustyka sal była tragiczna, już w 3-4 rzędzie nie było słychać prelegenta, za to doskonale było słychać tych z sali na górze/dole. Ponadto choć zapewnione było iż każda sala dostanie gżdacza do pomocy, to o mangowcach zapomniano. Zresztą to nie jedyne fail'e organizacyjne. Zdaje się, że organizatorzy pomału zaczynają mieć problemy z ogarnięciem tak dużej liczby zainteresowanych, a wielkie hale targowe pozbawione mniejszych sal i odpowiedniego sprzętu nie są w stanie sprostać wyzwaniu. Na plus natomiast należy zaliczyć przeniesienie noclegu na terenie konwentu do większej hali, a także przeznaczenie jednej z hal na swoistą jadalnię ze stoiskami gastronomicznymi i umożliwienie konwentowiczom spotkań przy piwie bez konieczności opuszczania terenów targów. Mam wielką nadzieję, że w kulejących kwestiach coś się zmieni i za rok będzie dużo lepiej, a Pyrkon nie straci na popularności.

Tak czy inaczej, pomimo wszystko ja bawiłem się całkiem dobrze, dzięki mniejszej liczbie ciekawych prelekcji miałem czas na spędzenie czasu ze znajomymi, zabawę przy planszówkach, zdobycie autografów i ogólnie ogarnięcie tego co chciałem.

Słaby jak na mnie wynik polowania na badziki spowodowany małym wyborem.

Autografy czyli jeden z ważniejszych elementów konwentu. Na szczęście udało mi się zdobyć wszystkie choć nie było to łatwe. Nie wiedzieć czemu z papierowego planu zniknęły dyżury autografowe Tada Williamsa i panów Zycha i Vargasa, zawierzając jednak komórkowemu planowi Konwentowicza udało się zlokalizować je w czasie. Miejsce na dyżur pozostawiało dużo do życzenia. Fakt tym razem wybrano miejsce gdzie kolejki swobodnie mogły zawijać się po kilka razy i starczało miejsca dla wszystkich jednak wszystko to kosztem słyszalności. Dyżury odbywały się w wielkiej hali przedzielonej zasłoną, po jej drugiej stronie stała scena wykorzystywana do koncertów, czy bardziej popularnych spotkań, jak na przykład te z autorami. Dzięki temu nagłośnienie skutecznie utrudniało komunikację z autorami rozdającymi autografy. 

Dwie najważniejsze zdobycze, czyli autografy tegorocznych zagranicznych gości:


















Ilustracja i autografy autorów Bestiariusza Słowiańskiego:

Kolejny autograf Tomasza Kołodziejczaka i... genialna ilustracja od Przemysława Truścińskiego ilustratora "Czerwonej Mgły":


Na koniec nowe zdobycze. Skoro nie udało się mocno powiększyć kolekcji badzików, zaoszczędzona kwota poszła na być może zaczątek nowej kolekcji:


Podsumowując, atmosfera jak zwykle na najwyższym poziomie, ludzie super, świetny klimat, natomiast wykonanie i sprawy organizacyjne trochę kulejące jednak wciąż daleko przed innymi konwentami. Jednym słowem kolejna udana wyprawa i mile spędzony czas. Do zobaczenia za rok!
niedziela, 9 marca 2014 | By: Harashiken

Bramy Domu Umarłych

Autor: Steven Erikson
Tytuł: Bramy Domu Umarłych
Cykl: Malazańska Księga Poległych
Wydawnictwo: MAG
Oprawa: miękka
Liczba stron: 774
Status: posiadam
Ocena: 5+/6

Druga część MKP przenosi nas na kontynent Siedmiu Miast, świata pustynnych koczowniczych plemion i wymarłych cywilizacji. Kontynent, na którym już niedługo wybuchnąć może bunt przeciwko imperium. Spotykamy tu starych bohaterów, ale też poznajemy losy wielu nowych. Przyjdzie nam śledzić poczynania takich postaci jak Skrzypek, Kalam, Apsalar, imperialnego historyka czy choćby legendarnych podróżników Mappa i Icariuma.

Tym razem wątki są zdecydowanie bardziej poukładane i nikt nie powinien mieć problemu z połapaniem się w wydarzeniach. Historia staje się bardziej przejrzysta, a świat powieści przystępny dla czytelnika. Największą zaletą tego tomu jest chyba klimat. Dosłownie czuć atmosferę wypalonych słońcem miast, śmiercionośne tchnienie pustyni, czy też dziesiątki tysięcy lat historii pogrzebane pod piaskami Raraku, w miejscach niedostępnych zwykłemu śmiertelnikowi.

Na kontynencie Siedmiu Miast skupia się uwaga wielu istot, wybucha bunt przeciw imperium, nieudolność cesarzowej nie pozwala na jego zgaszenie w zarodku, Sha'ik rozpętuje piekło w imię świętej wojny, a dziesiątki tysięcy malazańczyków tracą nie tylko dach nad głową ale często i swe życia. Jakby tego wszystkiego było mało na pustyni Raraku, centrum wydarzeń, skupiają również swój wzrok jednopochwyceni i d'iversowie rywalizując między sobą o to kto pierwszy odnajdzie tą jakże istotną dla nich drogę. Mappo i Icarium, Trell i Jhag, odwieczni podróżnicy i przyjaciele, niezwykły duet znany chyba na całym świecie również ciągnie w tym kierunku, a w samym środku tych wydarzeń znajdą się nasi dawni znajomi z Podpalaczy Mostów realizujący odmienny cel.

Erikson dowodzi, że potrafi czarować słowem, w dodatku tworzy niezwykle barwny świat z wielowiekową historią, aż bijącą z kart powieści, odmiennymi rasami i stworzeniami, wielowątkową fabułą i tajemnicami, które czytelnikowi przyjdzie zgłębiać zapewne aż do końca cyklu. Choć nie każdemu może przypaść do gustu jego styl to jest to dzieło obok, którego nie można przejść obojętnie. 
poniedziałek, 17 lutego 2014 | By: Harashiken

Gra o Tron

Autor: George R.R. Martin
Tytuł: Gra o Tron
Cykl: Pieśń Lodu i Ognia
Wydawnictwo: Zysk i Spółka
Oprawa: twarda
Liczba stron: 838
Status: posiadam
Ocena: 5-/6

Za Martina chwyciłem już sporo czasu temu licząc na to, iż przełamie mój czytelniczy kryzys.  Spodziewałem się, że tak chwalona pozycja, która dzięki serialowi zyskała jeszcze na popularności popchnie mnie do przodu i nakręci na inne lektury, bo w końcu jeśli nie to, to jakiej innej książce miałoby się to udać? Niestety jak było widać po blogu nie udało się.

Obawiam się również, że z powodu rozwleczenia lektury w czasie i samego kryzysu, nie odebrałem jej tak jak powinienem i nie sprawiła mi tyle przyjemności ile powinna dobra książka. Niemniej jednak myślę, iż ocena wypadła dość obiektywnie. Nigdy nie pociągały mnie pozycje z dziedziny fantastyki, w której fantastyka była tylko tłem, a pierwsze skrzypce grała polityka, intrygi, wojny i przepychanki o stołki, jednak Pieśń Lodu i Ognia to cykl, który obrałem sobie za cel już dawno temu licząc, że zmieni moje podejście. Czy tak się stało? Cóż... nie sądzę. Pozycja jest dobra, warta uwagi i na pewno byłaby przyjemną i wciągającą lekturą gdyby nie mój kryzys jednak nie zmieniła mojego podejścia i wciąż niechętnie i z obawą będę sięgał po tę tematykę.

Co zaś się tyczy konkretów, to przyznać trzeba, że Martin świetnym pisarzem jest choć nie bez skazy. Chyba największą wadą są postacie i nie mówię tu, że są nijakie czy coś ale... no cóż można je łatwo podzielić. Całość pierwszego domu można streścić do Starkowie kontra Lannisterowie. Starkowie ci dobrzy, honorowi, szlachetni etc, etc, etc, polubcie ich i kibicujcie. Po drugiej stronie ród Lannisterów ci źli, okrutni, szaleni, mordercy, gnojki, spiskowcy, grzesznicy, ucieleśnienie zła wszelkiego. Oba te rody to postacie najbardziej dopracowane i najlepiej zarysowane choć do bólu jednoznaczne, poza tym mamy wielu bohaterów dalszoplanowych, którzy po prostu są, którym autor nie poświęcił zbyt wiele czasu, których ciężko scharakteryzować, po prostu są, po stronie Starków albo Lannisterów, dowodzą, radzą, piją, jedzą, śmieją się, ale są tylko dodatkiem, z którym ciężko się związać, ergo byli mi zupełnie obojętni. Ach no i jeszcze mamy trzeci ród, ród Targaryenów w postaci jednoosobowej czyli Daenerys, której wątek na razie nijak nie wiązał się z pozostałą akcją choć jej zapędy były spore.

Poza tym resztę odebrałem dobrze, choć może jeszcze mógłbym narzekać na Eddarda, który ze swoim honorem był strasznie irytujący. Pchać się z kryształowym charakterem, honorem i stawianiem spraw otwarcie tam gdzie trzeba być dyskretnym, przebiegłym, dwulicowym, mieć oczy dookoła głowy i jeszcze mieszać w to swoją rodzinę licząc, że starzy bogowie okażą się łaskawi i ześlą górę szczęścia i pomyślności by wszystko się udało. Dość naiwne jak na tak rozsądnego człowieka nie sądzicie?

Zalet wymieniać nie będę, jak już wspomniałem odebrałem tę pozycję dobrze, ale przez brak entuzjazmu nie mam się nad czym rozpływać. Poza tym za "Grę o Tron" zabrałem się znacznie później niż inni, książka, serial i cały cykl były już na ustach wszystkich, albo przynajmniej wielu, trąbiło się o tym i ekscytowało więc nie ma sensu pisać tego co większość dobrze wie. Od siebie dodam tylko, że warto sięgnąć i powinno się to zrobić, bo to może być jeden z lepszych cykli fantasy nie ważne czy się politykowanie i wojny lubi czy nie.
wtorek, 11 lutego 2014 | By: Harashiken

Stop Prawa

Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Stop Prawa
Cykl: Z Mgły Zrodzony
Wydawnictwo: MAG
Oprawa: miękka
Liczba stron: 278
Status: posiadam
Ocena: 4/6

"Stop prawa" to czwarty już tom z cyklu "Zrodzony z Mgły" choć zdecydowanie odbiega charakterem jak i fabułą od pozostałych. W porównaniu do poprzednich trzech tomów ten jest znacznie krótszy. Odnosi się wrażenie, że został napisany w ramach odskoczni od pracy nad zakończeniem "Koła Czasu". Fabuła jest prosta i stosunkowo przewidywalna, choć książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Nie uznałbym jej za pełnoprawne dzieło, to jak już mówiłem raczej odpoczynek od poważniejszych dzieł i chęć ukazania jak zmienił się świat "Zrodzonego" po ostatnich wydarzeniach, bez potrzeby zagłębiania się w zawiłe intrygi, zagadki i ponowne ratowanie świata.

Od zbawienia owego minęło 300 lat, świat nareszcie wygląda tak jak powinien, niewolnictwo odeszło w niepamięć, zagrożenie ze strony Zniszczenia również, ludzie się rozwijają, miasta rosną, technika idzie do przodu. Powoli zaczynają się pojawiać automobile, budynki pną się coraz wyżej w niebo, a walki toczą się teraz z użyciem broni palnej. Wiele się zmieniło, nie ma już Zrodzonych, są tylko Mgliści i Podwójni, dziedzictwo ludu Terrisjan. Podwójni bowiem to ludzie, w których żyłach płynie krew terrisjan i którzy posiadają jedną allomantyczną i jedną feruchemiczną zdolność i są niemal tak rzadcy jak Zrodzeni niegdyś.

Pewne zmiany nastąpiły również w metalach, odkryto dwa nowe, o których wspominał w swoim ostatnim liście Sazed. Jest to bizmut i chrom, para która pozwala na manipulacje czasem, jego spowalnianie lub przyśpieszanie na pewnym ograniczonym obszarze. Do legendy jednak przeszło atium, które z oczywistych względów przestało istnieć po przemianie świata.

Co zaś się tyczy starych znajomych stali się oni legendami, mitami bądź częścią nowo-powstałych religii, a niektórzy po prostu częścią historii. Od imienia Elenda nazwano stolicę, Breeze zaś najwyraźniej zapoczątkował szlachecki ród, a i Spook zostanie wspomniany.

Opowieść ta tyczy się osoby Waxilliuma Ladriana (a nie mówiłem? :) ), szlachcica który przed laty wyjechał do Dziczy by tam pełnić funkcję stróża prawa, a teraz musi powrócić by objąć stanowisko głowy rodu, który w wypadku tej głowy został pozbawiony. Zmuszony porzucić to co kochał i życie w którym najlepiej się odnajdował niezbyt chętnie wraca by dostosować się do dworskiego życia. Przyjmuje jednak odpowiedzialność za ludzi, którzy należą do  rodu . Kiedy już wydaje się, że Waxowi udało się ustatkować i zerwać z poprzednim życiem do akcji wkraczają Znikacze, grupa przestępcza prowadząca dość niepokojące działania i uderzająca tym razem w ludzi bliskich Waxowi. Wszystko zaczyna nabierać tempa i to takiego, że większość książki rozgrywa się na przestrzeni 2-3 dni.

Cała opowieść jak już wspomniałem nie jest skomplikowana, niektóre fakty są łatwe do przewidzenia, są jednak momenty, które potrafią czytelnika zaskoczyć. Nie spodziewajcie się jednak niesamowitych intryg, to prosta historia jedynie na skalę miasta, przedstawiająca jednak historię, która z powodzeniem mogła być znacznie bardziej rozbudowana. Cała opowieść ma moim zdaniem potencjał i przypuszczam, że Sanderson  mógłby ją rozwinąć do tomiszcza grubości poprzednich części jednak czy warto? Cel został osiągnięty, poprzez prostą historię ukazał kierunek, w którym zmierza nowy świat, ukazał zmiany jakie zaszły i wpływ jaki wywarli na kształt świata poprzedni bohaterowie. Samo zakończenie przypominało mi "Elantris", pozostawia furtkę dzięki której można by napisać kontynuację jednak nie przypuszczam by miała ona nastąpić.

Polecam tym, którzy po trylogię "Zrodzonego" już sięgnęli i są ciekawi jak ta historia potoczyła się dalej. Jako samodzielna książka, historia sama w sobie nie okaże się porywająca co w zestawieniu z niezrozumieniem nawiązań do trylogii sprowadzi się zapewne do uznania książki za kiepską.
sobota, 8 lutego 2014 | By: Harashiken

Dusza Ognia

Autor: Terry Goodkind
Tytuł: Dusza Ognia
Cykl: Miecz Prawdy
Wydawnictwo: Rebis
Oprawa: miękka
Liczba stron: 655
Status: chcę mieć
Ocena: 4+/6

Proszę bardzo, miałem w tym roku wrócić do MP i udało się! Choć nie był to powrót równie lekki, przyjemny i wciągający jak początek serii to jednak jest to kolejna część na poziomie, a im bliżej końca tym większą miałem chęć na sięgnięcie po następny tom. Tym razem krótko i na temat, nie mam bowiem pojęcia cóż więcej mógłbym napisać.

Richard i Kahlan nareszcie wzięli wymarzony ślub, jednak nie dane im będzie cieszyć się miesiącem miodowym. Oto zbliża się kolejne niebezpieczeństwo, groźniejsze może nawet od poprzednich. W poprzednim tomie Kahlan by uratować Richarda od zarazy musiała dopełnić zaklęcie używając imion trzech demonów, tym samym przywołała je do tego świata. Demony te nie dość, że topią, palą i skłaniają ludzi do samobójstwo to przede wszystkim wysysają z tego świata magię addytywną co może mieć tragiczne skutki nie tylko dla ludzi obdarzonych darem ale także i dla fauny i flory tego świata. W międzyczasie kiedy bohaterowie zmagają się z nowym zagrożeniem wielotysięczna armia Imperialnego Ładu zmierza na podbój Midlandów.

Kolejny tom i kolejna epizodyczna historia, która w zasadzie nie popycha głównego wątku cyklu do przodu. Mimo to książkę czyta się miło i przyjemnie jak już uda się wkręcić. Możemy być pewni, że i w tym tomie pojawią się postacie, których zachowanie może nieźle zagotować czytelnika i że spotka ich zasłużony los choć tym razem nie z ręki Richarda. Ten jednak również prędzej czy później wyładuje swój gniew i frustracje na nieszczęsnych trybikach maszyny zła więc będzie na co "popatrzeć" bowiem to właśnie podobne sceny są jednymi z bardziej przyjemnych elementów literatury Goodkinda.

Polecam przede wszystkim tym, którym poprzednie tomy się podobały, w przeciwnym wypadku nie ma po co sięgać po "Duszę Ognia", nie jest ona książką, która wybiłaby się ponad poziom poprzednich tomów i potrafiła skłonić niechętnych do zaczytywania się cyklem.
wtorek, 4 lutego 2014 | By: Harashiken

Przymiarka do powrotu - zaległe recenzje

Najwyższa pora by zebrać się w kupę i wrócić. Wiele czasu minęło odkąd skończyłem książki, o których nie było tu jeszcze żadnej wzmianki. Już wtedy średnio mi szło napisanie o nich cokolwiek, a po takim czasie jest to jeszcze trudniejsze dlatego też postanowiłem wziąć przykład z Sil i po prostu napisać pokrótce o każdej z nich. 

Autor: Jacek Dukaj
Tytuł: Lód
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Oprawa: twarda
Liczba stron: 1045
Status: posiadam
Ocena: 5/6

Tym razem Dukaj zmienia naszą rzeczywistość poprzez wydarzenia z czerwca 1908 roku. Sprowadza w ten sposób tytułowy Lód odmieniając życie wielu ludzi, ingerując w prawa rządzące naszą rzeczywistością, zmieniając światowy przemysł. Głównym bohaterem jest Benedykt Gierosławski - student, matematyk, Polak, syn Filipa Gierosławskiego, który podobno rozmawia z lutymi. I ot i cała sprawa, jeśli kto z lutymi porozumieć by się umiał ten na Historje miałby wpływ, a kto mógłby większy mieć wpływ na ojca jeśli nie syn?

Udało mi się uporać z "Lodem" i jestem z tego bardzo zadowolony. Gdyby nie wakacje (2012r) i dużo wolnego czasu mogłoby się to przedłużyć do kilku miesięcy. Nie jest to książka w żadnym razie zła jednak jej objętość w połączeniu z dukajowskim stylem i poruszanymi przez niego tematami sprawia, że jest ona niezwykle wyczerpująca. Wymaga  skupienia, niejednokrotnie skłania czytelnika do przemyśleń, porusza się po polu polityki, matematyki, fizyki, filozofii, religii i innych. Dochodzi jeszcze do tego specyficzny język choć to akurat czyli zabawa słowami, językiem czy terminami, przeinaczanie, zniekształcanie czy słowotwórstwo to rzecz powszechna u Dukaja.

Nie jest to książka dla każdego i Ci którzy sięgną po samą opowieść mogą szybko od niej odpaść znużeni ilością stron jakie są poświęcone na przemyślenia i filozofie. Polecam szczególnie tym, którzy nad lekturą lubią pomyśleć, przystanąć i zastanowić się, szukają czegoś głębszego niż tylko ciekawej opowieści i dobrze wykreowanych bohaterów.

Autor: Catherynne M. Valente
Tytuł: Opowieści sieroty tom 2: W miastach monet i korzeni
Wydawnictwo: MAG
Oprawa: twarda
Liczba stron: 287
Status: posiadam
Ocena: 5+/6

W "W miastach monet i korzeni" to drugi i jednocześnie ostatni tom "Opowieści sieroty" wspaniałej historii opowiedzianej przez Catherine Valente. Nie będzie więcej i lepiej, może nawet troszeczkę gorzej bowiem wiemy co nas czeka. To nie jest tom pierwszy do kwadratu to po prostu kontynuacja i domknięcie historii znanej nam z pierwszej części. Ci którzy spodziewali się czegoś innego mogą być zawiedzeni, ale z drugiej strony czego innego można by się spodziewać? Wspaniały kwiecisty język Valente, szkatułkowa struktura opowieści, bajkowe krainy, fantastyczne stworzenia, wspaniałe historie, a koniec końców rozwikłanie tajemnicy zagadkowej dziewczynki z wytatuowanymi opowieściami. Jeśli jeszcze nie sięgnęliście po tą kontynuację to zachęcam.

Autor: Catherynne M. Valente
Tytuł: Nieśmiertelny
Wydawnictwo: MAG
Oprawa: twarda
Liczba stron: 458
Status: posiadam
Ocena: 5+/6

Valente znów czaruje nas słowem. Tak jak i w przypadku "Opowieści sieroty" tak i tutaj zostajemy uraczeni barwnym i bogatym językiem, licznymi metaforami i wspaniałymi opisami zarówno magicznych jak i bardziej zwyczajnych miejsc. Tym razem jednak w przeciwieństwie do Opowieści choć znów otrzymujemy niewątpliwie wspaniałą historię to nie jest ona optymistyczna i kolorowa. To co z pozoru wydawało się bajką wraz z biegiem lat odarte zostaje z wszelkich barw stając się szarą codziennością, która również zostanie wydarta jeśli nie będziemy o nią walczyć. Opowieść przepełniona smutkiem, łzami i żalem lecz cóż innego powstanie jeśli piękną magiczną opowieść wrzucimy w brutalną rzeczywistość? W dodatku rzeczywistość komunistycznej Rosji w okresie jej przemian i nadchodzącej wojny.

Autor: Feliks W. Kres
Tytuł: Piekło i szpada
Cykl: Zjednoczone Królestwa
Wydawnictwo: MAG
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 522
Status: posiadam
Ocena: 3+/6

 Książka po którą sięgnąłem z ciekawości i której klimat choć obiecujący okazał się jednak nie tym czego szukałem. Wytworne maniery, salony i szlachta, eleganckie ubrania, szpady i pistolety, a do tego magia, klątwy i stworzenia nie z tego świata. Obraz nietypowy, niecodzienny, obiecujący ciekawy klimat. Sama historia poprawna, w zasadzie wręcz dobra, przedstawiona w postaci opowiadań, które z czasem się ze sobą wiążą. Pomimo tego jednak nie potrafiłem się wciągnąć i zachwycić zwłaszcza mając na uwadze czytaną kiedyś Księgę Całości, której wykreowany świat i bohaterowie choć poniekąd podobni potrafili mnie zaciekawić i pochłonąć. Mnie na razie nie śpiesznie do pozostałych dwóch części. Sięgnijcie i podzielcie się swoją opinią.

###

Wkrótce osobno pojawi się recenzja drugiego tomu Malazańskiej Księgi Poległych, a także dwie inne recenzje kontynuacji mniej lub bardziej znanego cykli i trylogii, które już od jakiegoś czasu zalegają na blogu. Potem... cóż miejmy nadzieję, że wszystko wróci do normy. :)
wtorek, 3 grudnia 2013 | By: Harashiken

Po przerwie czyli stosik #28

Cóż dawno mnie tu nie było i strasznie się opuściłem nie tylko w recenzjach ale i w samym czytaniu. Mam nadzieję, że przyszły rok przyniesie zmiany i więcej chęci i czasu, a tymczasem pozostało mi publikowanie stosików :) Oto najnowszy, a planuję jeszcze jeden na święta choć osiągnałem już punkt w którym musze upychać nowe nabytki gdzie się tylko da.


Kolejny Dick, uzupełnienie brakujących Eriksonów, skompletowanie "Diuny", brakująca Uczta Wyobraźni, a na samym wierzchu ostatnia część starego wydania historii o Czarnej Kompani.
sobota, 7 września 2013 | By: Harashiken

Polcon 2013

Kolejny konwent, kolejne doświadczenia i kolejne porażki organizatorów Polconu. Do trzech razy sztuka, jeśli i ten w Bielsku-Białej zaliczy fail uznam, iż nad Polconem ciąży jakaś klątwa. We Wrocławiu można było ponarzekać na przepełnione sale, ciasne korytarze, ogólny brak przestrzeni, zamieszania z rozdawaniem przez autorów autografów (brak wyznaczonych miejsc i dyżurów), zamieszanie z odwoływaniem czy zamianą terminów paneli itp. Niemniej jednak wyniesione wrażenia były jak najbardziej pozytywne, a wpadki do przełknięcia. Polcon 2013 w stolicy naszego kraju Warszawie zaczął się od epickiego faila, który mnie osobiście odebrał siły i chęci.

Polconowe gadżety.
Organizatorzy popisali się niezwykłą błyskotliwością i pomysłowością, nie mam pojęcia czy była to chęć odróżnienia warszawskiej edycji Polconu od innych Polconów i innych konwentów czy po prostu bezmyślność, głupota i kompletny brak wyobraźni pomysłodawcy rozwiązania, o którym zaraz powiem. Otóż jak na każdym konwencie istnieje możliwość kupna akredytacji osobiście na miejscu, ale także druga korzystniejsza opcja, rejestracji na stronie, podania danych, które i tak należy podać przy akredytacji i dokonania wpłaty za pośrednictwem przelewu. Jeśli jesteśmy pewni, że na konwent się wybierzemy opcja nr 2 jest najkorzystniejsza, przyśpiesza akredytację, rozładowuje kolejki i uprzyjemnia życie konwentowiczom i obsłudze. W końcu wszystko sprowadza się jedynie do wylegitymowania konwentowicza, potwierdzenia danych z bazy zarejestrowanych, założenia opaski i wydania wszystkich konwentowych gadżetów. Tak przynajmniej powinno być z założenia. W praktyce na tegorocznym Polconie szybciej posuwała się kolejka po akredytację dla ludzi, którzy się nie rejestrowali. Dlaczego? Otóż ktoś jak już wcześniej wspomniałem inteligentny i błyskotliwy wpadł na pomysł by akredytacje były... imienne!! Na każdej zarejestrowanej akredytacji widnieje wielkie imię i nazwisko uczestnika, a pod nim drobnym druczkiem podany nick. Drodzy organizatorzy, gdybym chciał się legitymować na konwencie moimi danymi personalnymi przykleiłbym sobie na czole dowód osobisty. Szkoda, że nie dodali jeszcze adresu zamieszkania i numeru kontaktowego (np. na wypadek zgubienia akredytki, ot taki ukłon w stronę konwentowicza można by przecież zrobić nie?).

Rozpoczęcie akredytacji o godzinie 12, pierwsze prelekcje o 16, na miejscu byliśmy już koło 11 ale przyszło nam jeszcze czekać na znajomą. Ostatecznie o 12 byliśmy przy akredytacji. Cztery godziny to wystarczająco dużo czasu by zdobyć akredytację, pojechać rozłożyć rzeczy w szkole, wrócić, zjeść coś i zdążyć na pierwsze panele. No chyba, że stoi się po akredytację 5 godzin i to tylko dzięki kilku szczęśliwym zbiegom okoliczności. Ci którzy mieli mniej szczęścia stracili cały pierwszy dzień konwentu, nam udało się załapać na dwie prelekcje. Jak już mówiłem dzięki odrobinie szczęścia udało się wszystko trochę przyśpieszyć. Wpierw wciśnięcie się w kolejkę kilka metrów od wejścia do głównego budynku dzięki uprzejmości znajomych (dzięki Sylwia i Mateusz, jesteście najlepsi!), potem ponad godzina stania w jednym miejscu, ani kroku do przodu i wspaniała wiadomość, o tak, pierwsze pół godziny to poślizg, a kolejne pół to oczekanie na przywiezienie akredytacji z drukarni (czy skądinąd). Niemniej nie oznaczało to, że coś się ruszyło, kolejka, tłok, zupełny brak informacji o tym, że istnieją dwie kolejki (jedna dla zarejestrowanych, druga dla niezarejestrowanych), gżdacze nie potrafiący zapanować nad chaosem, organizatorzy, którzy nie wiedzą co się dzieje i średnio jedna akredytacja na pół godziny. Po prostu cudo, takie rzeczy tylko w Polsce! Ostatecznie kiedy udało nam się dostać do środka budynku w okolicę stanowisk akredytacyjnych, akredytacje zostały wyniesione na zewnątrz (nie pytajcie czemu, nawet orgowie nie wiedzieli, że zostały i kto z tym pomysłem wyszedł). Więc na zewnątrz po plakietki akredytacyjne, szukać w tym chaosie gżdacza, który ma pudło z akredytkami na literę Twojego nazwiska, potem powrót po resztę rzeczy, reklamówkę z informatorem, smyczkę, plastik do akredytki i całą resztę, tym razem już priorytetowo bez kolejki czyli w kolejce kilkuset osób równie priorytetowych jak Ty. Gdyby nie to, że jedna osoba od nas poszła zgłosić i wyjaśnić to zamieszanie do orgów i została zapamiętana (co poskutkowało wydębieniem dla nas ww. itemów bez kolejki) stalibyśmy tam jeszcze pewnie z 3-4h. Na koniec okazało się jeszcze, że ze środka gdzie staliśmy na samym początku, trzeba było zabrać rozpiskę paneli bo tego nie dołączono do reklamówek!!

Potem szkoła, podróż do szkoły i kolejne trudności tym razem już łatwiejsze do przełknięcia. Szkoła na pierwszy rzut oka pilnowana przez ludzi nie wiem skąd, gżdaczy może z dwóch tam w dzień widziałem, w dodatku udostępniona tylko jej niewielka część, sala gimnastyczna otwarta od 22 bo jakiś trening trwa, a korytarze w dzień muszą być puste, więc rzeczy trzeba zwijać i oddawać do depozytu. Dodam tylko, że negocjowano to przez pół roku i dopiero kilka dni przed rozpoczęciem konwentu pojawiły się informacje o szkole. Natomiast 2 dnia konwentu pojawiły się informacje o nowej drugiej szkole, rychło w czas drodzy organizatorzy, tylko komu będzie się chciało jej szukać i przenosić i tak już wiele osób straciło jeden dzień konwentu.

Jeśli chodzi o wpadki, należy jeszcze wspomnieć o mętnym planie. W budynku japońskim były sale, w których odbywały się zarówno panele dyskusyjne jak i konkursy, a plan nie pomagał w ich rozróżnieniu. Niektóre sale nie były uwzględnione na rozpisce, albo były inaczej podpisane. Bywały zamieszania z salami, przenosiny do większych, braki w informacjach o odwołaniu panelu czy zamianie z innym. Nie ma się jednak co dziwić, że sprawy informacyjne i organizacyjne leżą skoro Warszawa nie przyłożyła się do należytego traktowania gżdaczy, a co za tym idzie chętnych zapewne było mniej. To że przyjeżdżasz pomóc, tracisz prelekcje, użerasz się z tym chaosem, tracisz nerwy i zdrowie, to nie wystarczy byś mógł wejść za darmo, albo chociaż za połowę ceny. Każdy gżdacz czy prowadzący panel płacił pełną kwotę akredytacji (z możliwością zniżki grupowej, tak jak i zwykli konwentowicze, którzy rejestrowali się grupowo), w zamian za swoją pracę prowadzący otrzymywali konwentową walutę (o istnieniu której dowiedzieliśmy się dopiero 2-3 dnia konwentu), a gżdacze koszulki, upominki, zaświadczenie o odbyciu wolontariatu i zapewnienie wyżywienia na czas gżdaczowania. Nie mam porównania do innych konwentów, nigdy nie zaglądałem za kulisy, ale wydaje mi się, że takie rzeczy są normą, absolutną podstawą jaką otrzymują ci, którzy przyczyniają się do tworzenia konwentu, a należałoby się im coś więcej. Wiem tylko, że na Pyrkonie przewidziane są zniżki, a nawet darmowe wejścia zarówno dla prelegentów jak i gżdaczy, w zależności od ich wkładu w konwent, a koszulki czy opieka są oczywistą oczywistością.

No ale do rzeczy, ponarzekałem, ponarzekałem, ale wypadałoby teraz napisać coś konkretnego. Jeśli chodzi o prelekcje i panele to uczęszczałem głównie na te spod znaku mangi, anime i Japonii, z fantastycznych i mniej lub bardziej fantastycznych była to prelekcja o szalonych naukowcach prowadzona przez Krzysztofa Piskorskiego, w ramach spotkań z autorami odwiedziłem pogadanki z Jakubem Ćwiekiem i Magdaleną Kozak. Nic lepszego nie było wtedy do roboty, więc towarzyszyłem komuś komu zależało na tych spotkaniach, natomiast w czasie tych na których mnie zależało było coś bardziej interesującego. Poza tym Wegner jeszcze nie raz zagości na konwentach i będzie okazja go posłuchać, natomiast Kosik cóż, może i błędnie ale założyłem, że znów 3/4 pogadanki będzie o jego młodzieżowych dziełach i planach kolejnych młodzieżowych dzieł niż dojrzałej fantastyce więc odpuściłem na rzecz innych prelekcji.

Udało się zdobyć zamierzone podpisy czyli Robert M. Wegner, Rafał Kosik (nareszcie! po nieudanym polowaniu na tegorocznym Pyrkonie), Tomasz Kołodziejczak i oczywiście najważniejszy Lavie Tidhar. Choć tłumów nie było to blisko było by ominęła mnie ta przyjemność. Dzień wcześniej przed spotkaniem autorskim udało mi się ledwo wyrwać dwa ostatnie egzemplarze "Osamy", najwidoczniej rozeszły się jak świeże bułeczki, albo po prostu było ich mało. Natomiast zawiodłem się w sprawie spotkania autorskiego z Kołodziejczakiem. Otóż pech jak widać nie opuścił tego konwentu po pierwszym dniu, bowiem ilustrator Tomasza Przemysław Truściński, który miał do każdego autografu na "Czerwonej mgle" dodać od siebie rysunek nie mógł przybyć w wyznaczonym terminie. Spotkać go można było dopiero dzień później tj. w sobotę, ale niestety utknąłem wtedy zupełnie gdzieś indziej i wyleciało mi to z głowy. Cóż może uda się to kiedyś nadrobić. Wspomnieć należy też o miejscu na dyżury autografowe. Było to małe pomieszczenie z kilkunastoma miejscami siedzącymi, będące klubem studenckim PW i raczej niezbyt nadające się na rozdawanie autografów.  Przy naszym zagranicznym gościu było dość pusto i nie było problemu, zaś na dyżurze Kołodziejczaka i Wegnera zaczęły się ustawiać kolejki. Ja jednak miałem to szczęście, że uwinąłem się szybko więc nie wiem jak sprawa wyglądała później.











Kwestia stoisk wyglądała jak na zeszłorocznym Polconie, przewaga gier planszowych, rpg, bitewniaków i akcesoriów do nich, kilka stoisk z książkami z których królowało w centrum wydawnictwo Solaris i trochę przypinek, na które ja zwykle na konwentach poluję. Jednym słowem nie umywa się to nawet do tego co można zobaczyć na Pyrkonie, nie narzekam jednak bo oto efekty mojego polowania: 


Efekt zniżek na solariosowym stoisku.
Na plus należy zaliczyć atmosferę, pomimo wpadek nastrój i tak był radosny, a ludzie pozytywnie nastawieni. Dochodzę jednak do wniosku, że jeśli człowiek wybiera się na Pyrkon może w ciemno stawiać na rewelacyjne panele i świetną zabawę, w przypadku zaś Polconu w pierwszej kolejności trzeba brać pod uwagę możliwość spotkania z ludźmi, z grupą znajomych, cieszyć się wspólnie spędzonym czasem, korzystać z możliwości poznania nowych ludzi itp, zaś panele i prelekcje traktować jako dodatek do tego wszystkiego. W ten sposób na pewno człowiek się nie zawiedzie. 
wtorek, 6 sierpnia 2013 | By: Harashiken

Ogrody Księżyca

Autor: Steven Erikson
Tytuł: Ogrody Księżyca
Cykl: Malazańska Księga Poległych
Wydawnictwo: MAG
Oprawa: miękka
Liczba stron: 589
Status: posiadam
Ocena: 5+/6

Po miesiącach, a może i latach zapatrywań i podchodów sięgnąłem wreszcie po epickie dzieło Erikson'a. Z racji braku zdecydowania w kwestii wydania padło na formę ebooka, ale jak widać po ostatnim (w chwili pisania tych słów) stosiku, lektura zaowocowała czterema pierwszymi tomami na półce.

Przyznam, że o Eriksonie wiele słyszałem, wiele się naczytałem i miałem duże oczekiwania. Do tej pory w tej materii moim numerem jeden był Robert Jordan i... póki co tak zostanie. Nie można nie przyznać, że Malazańska Księga Poległych ma potencjał, nie da się jednak pierwszym tomem przebić wielotomowego cyklu. Jak będzie potem to dopiero zobaczymy.

Wiele osób straszy tym, że Erikson w pierwszym tomie zawiązuje zbyt wiele wątków, długo je rozwija i sprawia wrażenie zagubionego by dopiero na ostatnich kilkuset kartach pognać wydarzenia na łeb na szyję i wszystko ze sobą pięknie zgrać. Przyznaję, akcja rozkręca się pod koniec, ale to jakiś wyjątek w literaturze nie jest, a mnogość wątków zaprawionego czytelnika nie powinna wprawić w konfuzję.

Duży plus należy się za fakt, iż Erikson potrafi tworzyć wątki, które są dla czytelnika interesujące w tym samym stopniu, bądź też może nieinteresujące w tym samym stopniu, to już zależy od was. Tak czy inaczej nie zdarzyła mi się sytuacja by nudziły mnie jakieś wydarzenia czy postacie i bym chciał jak najszybciej czytać o innych, bądź też skupić się tylko na jednym wybranym wątku, który był najbardziej interesujący. Podobnie sprawa wygląda z samymi bohaterami, ciężko wybrać sobie ulubieńca, zwłaszcza że postacie są tu szare, nie ma skrajnie dobrych czy złych, a kiedy już kogoś wybierzemy może się okazać, że jego cele kolidują z kimś innym komu także źle nie życzymy.

Nakreślone w "Ogrodach Księżyca" wydarzenia to tylko wstęp do wielkiej całości. Genabackis i Wolne Miasta to tylko część ogromnego świata i jeden etap w podbojach Imperium Malazańskiego. Ale już ten pierwszy tom zapowiada rychłe kłopoty i ruchy innych potęg mogących co prawda zagrozić cesarzowej Laseen, ale także zniewolić ludność, której przecież teraz nie żyje się aż tak źle. Ponadto stworzony przez Eriksona świat to świat, w którym nie tylko ludzie prowadzą swoje gry. Mamy tu także rozległy panteon bóstw, a także ascendentów z których już w tym pierwszym tomie wielu miesza paluchami w kotle ludzkiego świata, a inni czekają za kulisami by w przyszłych tomach wkroczyć na scenę. Poza ludźmi i bogami wplecione zostają w świat także inne istoty, pradawne rasy, smoki, demony, a wszystko to tworzy spójną i logiczną całość.

Pierwsze wrażenie naprawdę bardzo dobre i z niecierpliwością spoglądam na kolejne tomy stojące na półce. Zachęcam każdego kto ma trochę czasu i nie boi się rozległych, wielowątkowych dzieł.
wtorek, 16 lipca 2013 | By: Harashiken

Vertical

Autor: Rafał Kosik
Tytuł: Vertical
Wydawnictwo:  Powergraph
Oprawa: twarda
Liczba stron: 431
Status: posiadam
Ocena: 5+/6

Vertical, moje pierwsze spotkanie z Kosikiem w formie powieściowej. Spotkanie jak najbardziej udane. Dorosła powieść z niebanalnym pomysłem na świat, w dodatku nie raz potrafiąca czytelnika zaskoczyć. Vertical to podróż po świecie, który mogliśmy już poznać z jednego z opowiadań Kosika "Wyprawa szaleńców".

Świat to liny, bezmiar pod nami, bezmiar nad nami, w dzień błękit i chmury w nocy gwiazdy zewsząd. Świat składający się wyłącznie z lin i zawieszonych na nich konstrukcjach zwanych miastami, konstrukcjach powoli choć niestrudzenie wspinających się ku górze, ku Celowi. Co było wcześniej? Dokąd zmierzają? Skąd przybyły? To pytania nad którymi nikt się nie zastanawia, ludzie żyją z dnia na dzień, dbają o codzienne sprawy, doglądają miasta, zapewniają sobie przeżycie nie zastanawiając się nad tak filozoficznymi zagadnieniami. Ludzie tak, za wyjątkiem naszego bohatera, ciekawego świata młodego chłopaka, który nie urodził tutaj lecz został znaleziony w jednej z sieci miasta służącej do łapania tego co zgubiły inne miasta wysoko nad nim.

Ciekawość i nadarzająca się niezwykła choć nieszczęśliwa sytuacja popycha chłopaka do szaleńczej podróży w dół ku Antycelowi, do miejsca początku i dalej ku odpowiedziom, albo też ku kolejnym pytaniom. Co znajdzie? Czego się dowie? I czego dokona w swym życiu ten jakże młody choć niezwykle bystry i pomysłowy chłopak? Nie można wiele powiedzieć by nie zdradzić zbyt dużo, będzie to jednak podróż niesamowita i ekscytująca. Podróż, w której między innymi dane mu będzie poznać trzy różne społeczeństwa. Społeczeństwa rozwijające się niezależnie od siebie, w odmiennych warunkach, każde z własną filozofią i sposobem na przetrwanie, inaczej tłumaczące zjawiska, które przecież doświadczają wszyscy. Trzeba również wiedzieć, że nie zawsze wszystko musi być takim jakie się z pozoru wydanie, nie raz nasuwające się czytelnikowi odpowiedzi mogą okazać się błędne, a pomysłowość autora zaskoczy.

Vertical to nie tylko wspaniała historia, to także pytania, które czasem każdy z nas powinien sobie zadać, bo opowieść o świecie Murka, bez wątpienia można odnieść i do naszego, a poszukiwanie odpowiedzi może się okazać niezwykle ważne. Jeśli zaczęliście jak ja od zbioru opowiadań to nie zniechęcajcie się bowiem powieści Kosika prezentują zupełnie inny poziom. "Mars" już czeka na półce, a "Kameleon" mam nadzieję, że wyjdzie wreszcie w twardej oprawie, bym mógł i w niego się zaopatrzyć. 
piątek, 5 lipca 2013 | By: Harashiken

Stosik #26

Ostatnio bieda ze stosikami, zresztą nie tylko z nimi, mam jednak cichą nadzieję na poprawę. Tym razem zamiast małych i częstych stosików prezentuję jeden duży, który będzie musiał wystarczyć na jakiś (oby niezbyt długi) czas. Co prawda rozsądniej byłoby uzupełnić moją agorową kolekcję Lema, jednak informacja o promocji dotarła do mnie na dzień po zamówieniu tych skarbów, więc cóż mówi się trudno. Tym razem stosik spod znaku uzupełniania biblioteczki o nowości.


Dam sobie spokój z tradycyjnym wyliczaniem w liście, każdy widzi co jest. Wreszcie się przekonałem do "Pieśni lodu i ognia", raz że liczyć na ładne niefilmowe wydanie nie ma szans, albo pewnie trzeba by czekać latami, dwa że dość mam już wszechobecnych fanów serialu i ton memów o GoT i masy spoilerów. Pora nadrobić zaległości i samemu zacząć ludziom spoilować :) Poza tym uzupełniam UW, która lubi szybko znikać, piękne wydanie Dick'a, zamykam trylogię Ryfterów, kontynuuje malazańską przygodę i dla dopełnienia rachunku za zakupy dorzuciłem "Czerwoną mgłę" (o której wspominałem w ostatniej recenzji bodajże) czyli powrót do świata "Czarnego horyzontu". Kiedy to wszystko przeczytam... nie wiem :) Mam nadzieję, że GoT jeszcze w tym roku, a reszta cóż, czas pokaże.

Natomiast tych, którzy tu jeszcze zaglądają, licząc na nowe recenzję informuję, że już niedługo coś się pojawi i zacznie pewnie pojawiać częściej. Pora zakasać rękawy i brać się do pracy, recenzje w toku!
poniedziałek, 17 czerwca 2013 | By: Harashiken

Czarny Horyzont

Autor: Tomasz Kołodziejczak
Tytuł: Czarny Horyzont
Wydawnictwo:  Fabryka Słów
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 272
Status: posiadam
Ocena: 5/6

"Czarny Horyzont" to ostatnia na moich półkach książka Kołodziejczaka, a także ta która najmniej mnie pociągała. Wbrew oczekiwaniom okazała się jednak bardzo dobrym wyborem, zdecydowanie lepszym niż opowiadania ze świata Dominium Solarnego, a to dość niespodziewane biorąc pod uwagę konwencję świata przedstawionego.

Konstrukcja dość niebezpieczna, szczególnie w odniesieniu do mnie. Połączenia fantsy i sf to coś co mnie ciekawi bo nie często na takie książki wpadam (to jest zdaje się moja trzecia po Friedman i Grzędowiczu), aczkolwiek splecenie ze sobą elfów i nowoczesnej technologii, a do tego osadzenie akcji w postapokaliptycznej Polsce? Nigdy nie przepadałem za fantastyką osadzoną w rzeczywistym świecie, a już w szczególności za tą odnoszącą się do Polski. Powodem pewnie jest to, że po fantastykę człowiek często sięga by oderwać się od naszej rzeczywistości, a nie o niej czytać choćby i nawet w odmienionej wersji. Niemniej już nie raz przekonałem się, że takie książki potrafią mi przypaść do gustu, a nawet zachwycić. 

Mamy więc niedaleką przyszłość, w której toczy się wojna między ocalałymi ludźmi, a barlogami (nie mylić z Balrogami od których niewątpliwie wzięły nazwę). Najeźdźcy przybyli nagle z innego Planu, co w tłumaczeniu na nasze można by nazwać równoległym światem/rzeczywistością. Przedarli się na naszą planetę siejąc zniszczenia, a ich magia i technologia zachwiały nie tylko naszą fizyką, ale i geografią. Ludzkość zapewne by sobie nie poradziła gdyby nie pomoc elfów, również przybyszów z innego Planu którzy toczą wojny z barlogami. Wnieśli oni do naszego świata nowe technologie (jak na przykład mithrilowo-drewniane satelity), wyszkolili ludzi w zakresie magii, przelewali własną krew w walce z najeźdźcą.

Sama historia tyczy się wydarzeń z życia dwóch ludzi, pułkownika Roberta Gralewskiego i jego przybranego syna Kajetana Kłobudzkiego, królewskiego geografa. Kajetan to człowiek doskonale wyszkolony i wyposażony przeciw barlogom i ich sługom jegrom. Zadaniem królewskiego geografa jest normowanie geografi, sporządzanie map nowych terenów, tworzenie bezpiecznych ścieżek dla innych poprzez tereny objęte przez najeźdźców. Tym razem został wysłany na niezwykle niebezpieczną misję daleko w głąb ziem barlogów gdzie powstaje coś co może zachwiać ledwo utrzymywaną równowagą sił.

Kołodziejczak prezentuje bardzo ciekawy świat, świat który musiał nie tylko dostosować się do nowego ładu, zreorganizować instytucje czy struktury miast, ale także powrócić do starych często wykorzenionych lub zamierających praktyk. Powróciła monarchia, koronowany elf przyjął imię Bolesława ku czci naszej historii. Powróciła do łask religia, mantry i modlitwy są niezwykle przydatne w magii. Należało zreorganizować strukturę miast i różnych ośrodków tak by ich ustawienie zapewniało jak najlepszą magiczną ochronę. A to wszystko tylko część zmian jakiej musiał się poddać nasz kraj by przetrwać. 

Pozycja może i nie zaskakująca i niesamowicie wciągająca ale na pewno ciekawa i warta uwagi tym bardziej, że najnowsza książka Tomasza Kołodziejczaka "Czerwona Mgła" osadzona jest w świecie Horyzontu i nawiązuje do Kajetana i jego ojca. Nie żałuję wyboru i poświęconego czasu i na pewno sięgnę w przyszłości po rzeczoną Mgłę, a i Was zachęcam do zapoznania się z tą lekturą.
poniedziałek, 27 maja 2013 | By: Harashiken

Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Niebo ze stali

Autor: Robert M. Wegner
Tytuł: Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Niebo ze stali.
CyklOpowieści z meekhańskiego pogranicza
Wydawnictwo:  Powergraph 
Oprawa: twarda
Liczba stron: 677
Status: posiadam
Ocena: 5+/6

"Niebo ze stali" to pierwsza pełnoprawna powieść, a zarazem kontynuacja dwóch zbiorów opowiadań osadzonych w krainie Meekhanu. Wegner wyraźnie działa według schematu, po czterech głównych bohaterach, dwóch zbiorowych i dwóch normalnych przyszła pora na zaplecenie ich losów. W "Niebie..." zbiegają się drogi Czerwonych Szóstek i części członków czardanu Laskolnyka, a wydarzenia na świecie stają się coraz bardziej tajemnicze.

Kenneth wraz z kompanią nieoficjalnie pomaga w przeprawie przez góry wozakom wracającym do domu. Jednocześnie muszą też z rozkazu tutejszego dowódcy rozwikłać tajemnicę zaginięć. W całej okolicy znikają nie tylko pojedynczy ludzie, ale także i całe patrole straży. Kaileen i Daghena na rozkaz Laskolnyka pomagają szczurom w rozwikłaniu zagadki brutalnych morderstw i zaginięć, które mają miejsce coraz bliżej pewnego szczególnego punktu. Kilku innych członków czardanu towarzyszy  zaś kolumnie wozów.

Tak jak i w opowiadaniach i tu Wegner wypada rewelacyjnie, lekki styl i wartka akacja. Na początku drażnić może rozbicie akcji na nie tylko wyżej wspomniany oddział Kennetha i członków czardanu, ale także córki And'ewers'a, jednak ma to swój cel, który w sumie nawet dość szybko się ujawnia.

Ciekawe historie bohaterów to jednak nie wszystko, autor od początku wplatał w nie tajemnicze elementy i siły, które do tej pory ciężko było ułożyć w jedną całość. Nadal jest to niemożliwe, nadal zdaje się brakować wielu elementów by dopełnić całości jednak w "Niebie..." wreszcie dowiadujemy się więcej niż w dwóch poprzednich częściach cyklu. Jak jednak mają się nowe elementy do tych, które już udało się zgromadzić? Zdaje się, że minie jeszcze wiele czasu nim przyjdzie nam ogarnąć całokształt tajemniczych postaci pojawiających się coraz częściej w Meekhanie i ich rolę w nadchodzących wydarzeniach.

Podsumowując był to naprawdę dobry tom, trzyma poziom i z chęcią chwycę po kolejny choć jak przypuszczam tam przyjdzie nam śledzić losy Altsina i Yatecha, zaś moimi zdecydowanymi faworytami są czerwone szóstki :) Zachęcam więc bo tym, którym podobały się opowiadania, powieść nie może się nie spodobać, choć może się okazać odrobinę słabsza.
środa, 22 maja 2013 | By: Harashiken

Stosik #25

Po okresie posuchy oto nadchodzi najnowszy stosik:


Co prawda bardzo skromny, ale za to z listy książek, na które poluję.

Ostatni Patrol - Siergiej Łukjanienko, ostatni tom serii o patrolach, zatem do zdobycia pozostaje mi już tylko najtrudniejszy "Patrol Zmroku".
Woda Śpi - Glen Charles Cook, przedostatni tom starego wydania historii o Czarnej Kompanii. Do zdobycia zostają jeszcze "Srebrny grot" i "Żołnierze żyją".


niedziela, 19 maja 2013 | By: Harashiken

Trylogia Clay'a

Autor: Jeffrey Ford
Tytuł: Fizjonomika, W labiryncie pamięci, Rubieże
CyklTrylogia Clay'a
Wydawnictwo: Solaris
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 769
Status: posiadam
Ocena: 4/6

Cley to Fizjonomista Klasy Pierwszej najzdolniejszy człowiek Drachtona Nadolnego władcy i twórcy Dobrze Skonstruowanego Miasta. Świat trylogii to świat, w którym rządzi fizjonomika. Dobrze wyszkolony fizjonomista potrafi za pomocą odpowiednich przyrządów na podstawie fizjonomii człowieka określić jego predyspozycje, umiejętności, cechy charakteru, a co najważniejsze to czy jest on winny zarzucanych mu przestępstw czy też nie. Takiemu winnemu nieszczęśnikowi pozostaje modlić się o szybką śmierć, bowiem w przeciwnym wypadku stanie się obiektem szalonych fizjonomicznych eksperymentów tyrana Drachtona.

Cley zostaje wysłany na Rubieże do małego miasteczka Anamasobii gdzie ma zbadać tajemnicę kradzieży pewnego niezwykle ważnego owocu, rzekomo pochodzącego z Ziemskiego Raju. Co jednak jeśli niezłomna logika zaczyna zawodzić, a nieomylna fizjonomika nie wystarcza by pojąć zachodzące w miasteczku zjawiska?

Nasz Fizjonomista, to bohater jakiego nie często można spotkać. Zimny, okrutny, cyniczny, praktycznie pozbawiony kręgosłupa moralnego, bezwarunkowo oddany swojemu szalonemu panu. Dopiero nadchodzące wydarzenia mogą otworzyć mu oczy na otaczający go świat i doprowadzić do zrewidowania swoich poglądów i zmiany postępowania.

Pierwszy tom przedstawia takie właśnie wydarzenia, wydarzenia które zmieniają jego spojrzenie na świat, wstrząsają nim dogłębnie i wywierają diametralne zmiany w charakterze i zachowaniu. Kolejne dwa to podróż wgłąb siebie i w głąb nieznanych krain w poszukiwaniu pomocy i ratunku, przebaczenia, szczęścia i spokoju.

Trylogia Clay'a to coś zupełnie innego od wszystkiego co do tej pory czytałem. Książki ze wszech miar dziwne, odmienne i specyficzne. Panujący tu klimat, pewna dawka surrealizmu i bohater sprawiają, że lektura jest dość niezwykła, po prostu inna od tego co do tej pory miałem w rękach i trzeba samemu chwycić za książkę by to poczuć.

Mnie z początku ciężko było przywyknąć do tego świata, choć nie był to czas stracony, a ostatni tom okazał się zdecydowanie najlepszy z trylogii, jego lektura zaś znacznie przyjemniejsza i płynniejsza od pozostałych. Zdecydowanie nie jest to pozycja dla każdego jej specyfika i inność może odstraszyć, jeśli jednak nie boicie się tej odmienności zachęcam do sięgnięcia po dzieło Forda.
środa, 17 kwietnia 2013 | By: Harashiken

Zamek Lorda Valentine'a

Autor: Robert Silverberg
Tytuł: Zamek Lorda Valentine'a
CyklKroniki Majipooru
Wydawnictwo: Solaris
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 617
Status: posiadam
Ocena: 4/6

Podczas lektury znów dopadł mnie niż czytelniczy, przez co pierwszy tom "Kronik Majipooru" męczyłem ponad miesiąc. Niemniej jednak czas ten nie przekłada się na poziom książki. Miałem pewne obawy sięgając po "Zamek Lorda Valentine'a", jest to niby klasyka, niby wypada znać, a z drugiej strony krąży wiele opinii, które nie zwiastują nic dobrego.

Valentine budzi się na wzgórzu w okolicy miasta Pidruid z sakiewką pełną pieniędzy jednakże pozbawiony wszelkich wspomnień z przeszłości. Kim jest? Skąd się tu wziął? Nie zdradzę chyba wiele jeśli powiem to czego doświadczony czytelnik domyśli się już po kilku kartach powieści. Valentine to tak naprawdę Koronal Lord Valentine najwyższy jeśli nie liczyć Pontifexa władca Majipooru, który w podstępny sposób został pozbawiony tronu i zastąpiony kimś innym. Jak nietrudno się domyślić czeka nas podróż pełna przygód, której celem jest tytułowy Zamek i konfrontacja z uzurpatorem.

Nie znajdziecie tu nic nowego, typowa klasyka bazująca na podróży, zbieraniu towarzyszy, odkrywaniu prawdy o samym sobie i ciągłym wpadaniu i wyplątywaniu się z tarapatów by w końcu zmierzyć się ze złem zagrażającym ładowi planety. Czy jednak są to wady? Dziś wypada słabo to pewne i nie ma się co dziwić skoro w obecnym zalewie fantastyki by zostać zauważonym trzeba napisać naprawdę coś niesamowitego. "Zamek..." jednak został napisany ponad trzydzieści lat temu, więc nie oczekujmy, że nadal będzie rzucał na kolana i trzymał w napięciu i zaskakiwał na każdym kroku. Co poniektórzy przecież uważają, że nawet "Władca Pierścieni" nie zasługuje na swoją pozycję ;) Pomimo niewątpliwej wtórności na tle mnogości dzisiejszej fantastyki książka posiada elementy dla których warto się z nią zapoznać.

Na uwagę na pewno zasługuje świat. Nie jest to typowe fantasy, Majipoor jest ogromną planetą o historii sięgającej kilkunastu tysięcy lat, na której w zgodzie i harmonii żyje kilka różnych ras. Choć dawno już zatracono umiejętności wytwarzania zaawansowanej technologii to nadal można znaleźć jej pozostałości. Miotacze energii którymi posługuje się wiele osób, genetycznie zmodyfikowane zwierzęta, zaawansowane maszyny do utrzymywania klimatu na Górze Zamkowej czy inne do tworzenia przesłań sennych dla mieszkańców planety. Majipoor posiada nawet port kosmiczny choć niewiele o nim zostało wspomniane. Świat jest niezwykle barwny i ogromny, różnorodne rasy, zwierzęta i rośliny, gigantyczne wielomilionowe miasta i inne cuda, które dane nam będzie poznać podczas lektury Kronik. Drugim istotnym elementem jest interesujący aparat władzy. Majipoorem, całą gigantyczną planetą rządzą jedynie cztery osoby. Pontifex będący rzeczywistym władcą, Koronal rządzący w jego imieniu, Król Snów zsyłający na ludzi przesłania i koszmary i Pani Wyspy zsyłająca na ludzi dobre sny i przesłania. Wszyscy powiązani, choć tak od siebie oddaleni, to na tej czwórce opiera się ład i porządek planety.

Pewnym zgrzytem są jednak dialogi, które czasem bywają naprawdę naiwne, a bohaterowie nie licząc Valentine są kiepsko zarysowani. Sam Valentine bywa irytujący, szczególnie jego niechęć do wszelkiej przemocy i zabijania, dość ciężkostrawna w przypadku człowieka, który idzie odebrać to co mu ukradziono i uratować wielomiliardową ludność planety spod rządów szaleńca.

O zgrzyt zębów przyprawiła mnie też "wielka bitwa" na Górze Zamkowej. Tysiące żołnierzy po obu stronach bezładnie tłukących się ze sobą w jednym wielkim chaosie, zero taktyki, zero dowodzenia, zero manewrów, ot wrzucić do kotła, wymieszać i zobaczyć co wyjdzie. Jeszcze, żeby tego było mało przez środek tego chaosu przeciskał się w pojedynkę nie kto inny jak Valentine i zmierzał do dowódcy przeciwników, który to był jego przyjacielem z dzieciństwa. Nie uwierzycie ale udało mu się, nikt go nie zatrzymał, a potem jeszcze ta próba zatrzymania rozpędzonej machiny wojennej, dwóch pogodzonych dowódców próbujących opanować lejące się armie, śmiech na sali po prostu.

Sama historia toczy się jednotorowo, pozbawiona jest jakichkolwiek wątków pobocznych, ot prosta i często naiwna wędrówka do celu przez znaczną część krainy. Wszelkie zdawać by się mogło poboczne przygody służą dołączeniu (bądź czasem odłączeniu) kolejnych członków naszej bohaterskiej grupy.

Zakończenie również pozostawia trochę do życzenia. Choć jest to dopiero pierwszy tom cyklu to nic nie sugeruje byśmy w kolejnych śledzili losy tych samych bohaterów, zatem dobrze by było dowiedzieć się jak dalej potoczyły się ich losy, a jedyne co otrzymujemy to występ żonglerów na uczcie Koronala. Podsumowując nie jest to wybitna lektura, ale czyta się ją całkiem przyjemnie, a po utyskiwaniach i narzekaniach w wielu wypowiedziach, obawiałem się czegoś znacznie gorszego. Przede wszystkim też wypada zdecydowanie lepiej niż w recenzjach, bo i moja zdaje się nie wyszła zbyt pozytywnie, a ocena niska przecież nie jest. Na pewno sięgnę w przyszłości po kolejne tomy, a i was zachęcam do zapoznania się z dziełem Silverberga.
wtorek, 2 kwietnia 2013 | By: Harashiken

Pyrkon 2013 - relacja i stosik #23

Kolejne trzy cudowne dni czyli kolejny konwent! Tym razem nie tylko mogę przyrównać go do innych, ale także i do samego zeszłorocznego Pyrkonu. Możliwość obecności na kolejnym Pyrkonie to zdecydowanie najlepszy aspekt nieskończenia się świata w 2012 roku :)

Pyrkonowy asortyment wchodzący w skład akredytacji.
Tym razem początek znacznie lepszy, podróż w towarzystwie kilkuosobowej ekipy i zaplanowana tak by być przed czasem, a nie jak ostatnio na styk. Podróż przebiegła przyjemnie, za wyjątkiem typowej dla naszego pięknego kraju skrajności. Za oknem hulał wiatr straszący odmrożeniami, a w pociągu tyłki smażyły się na siedzeniach od podkręconego na maksa ogrzewania. Wcześniejszy wyjazd opłacił się bardzo ponieważ po wejściówki czekaliśmy prawie 2,5h. Kolejka, kolejką ale jeszcze na dodatek w ramach dodatkowej atrakcji system akredytacji musiał paść na dobre pół godziny. Przynajmniej w tym roku udostępnione zostały zachodnie wejście dzięki czemu nie trzeba było okrążać całego terenu konwentu, a oczekiwanie w kolejce odbywało się pod dachem w sprzyjających warunkach temperaturowych. Kolejnym plusem tegorocznego Pyrkonu były dodatkowe noclegi na terenie konwentu w jednym z pawilonów. Nocleg ten miał jednak jeden minus, przy tak dużej powierzchni w dodatku oszklonej z jednej strony, temperatura w nocy była cokolwiek niezadowalająca, ale o tym później.

Kiedy już zapadła z mojej strony decyzja o ulokowaniu się na terenie konwentu wraz z kilkoma innymi osobami z grupy, pognaliśmy na prelekcje. Zanudzać was relacją niefantastycznych paneli nie będę, wspomnę zatem tylko o tych o fantastykę się ocierających. Pierwszego dnia był to panel "Między mangą, a fantastyką" gdzie prowadząca prezentowała różne anime w konwencji fantasty (jak choćby Claymore, Berserk czy Record of Lodoss war). Poza tym, zaliczyłem także spotkanie autorskie z Rafałem Kosikiem. Pół godziny przegadane o serii młodzieżowej "Felix, Net i Nika" i ekranizacji "Teoretycznie Możliwej Katastrofy", która niezbyt Kosikowi do gustu przypadła. Kolejne pół było już poświęcone twórczości dla starszych czytelników, tu jednak nie padły żadne interesujące informacje, za wyjątkiem może terminu wydania kolejnego tomu zbioru opowiadań:

"Marcin "Bronsiu" Bronhard: to kiedy następny tom opowiadań?
Rafał Kosik: a co odpowiedziałem Ci ostatnim razem kiedy mnie o to pytałeś? (chyba około rok temu)
Marcin "Bronsiu" Bronhard: że kiedy skończysz pisać obecny tom Felixa.
Rafał Kosik: no to ta odpowiedź jest nadal aktualna."*

* nie jest to oczywiście dokładny cytat, a ogólny sens jaki udało mi się zanotować w mojej i tak już przepełnionej (w większości głupotami) pamięci.

Spotkanie z Kosikiem zakończyło się również rozdawaniem autografów, na które niestety czasu nie miałem. Liczyłem na autograf Kosika i liczyłem na dyżur autografowy jak to miało miejsce z innymi autorami, jak się jednak później okazało była to jedyna szansa bowiem Kosik dyżuru nie miał. Cóż trudno innym razem się zakręcę, będę już wtedy przynajmniej po lekturze pierwszej z jego powieści.

Reszta czasu wypełniona była niezwiązanymi z fantastyką prelekcjami, grą w planszówki (tym razem również z fantastyką niezwiązane) i polowaniem na jakieś okazy jedzenia. Tegoroczny Pyrkon to pierwszy Pyrkon podczas, którego prelekcje odbywały się non stop. O 3 w nocy czekał nas konkurs ogólny z wiedzy o anime. Rezultat - pierwsze miejsce rzutem na taśmę i 20 pyrfuntów na osobę, za które to nabyłem poniższy dwuelementowy stosik:

1) piąty tom Malazańskiej Księgi Poległych
2) drugi tom Sagi o Krukach autorstwa James'a Barclay'a.
Następnie godzinka "snu" we wspomnianych wcześniej warunkach czyli niedopompowanym materacu spoczywającym na ziejącej zimnem podłodze i kolejny dzień zmagań :) Dlaczego "snu"? Powrót o 5, a nim zdążyliśmy zmrużyć oko pojaśniało, a radosny głos płynący z megafonu oznajmił, iż skończyła się cisza nocna i najwyższa pora wstawać i lecieć na kolejne prelekcje. Może i nie było to powodem do porzucenia prób przespania się bo w końcu kolejny punkt programu miał być o 8, ostatecznie wypadł o 11 (nie wiem czemu nie pytajcie, nie sposób teraz ustalić co do tej pory robiłem i czemu coś poomijałem), ale już narastający gwar powoli budzących się i wstających osób skutecznie zniechęcił mnie do dalszych prób zmrużenia oka.

Sobotni poranek zaczął się leniwie, odpuściliśmy poranne panele, był więc czas na zakręcenie się w okół jedzenia. Zimno skutecznie zniechęciło mnie do jakiegoś lepszego jedzenia w postaci chociażby Mac'a, a konwentowe żarcie czynne było dopiero od 9, z czego na dostawę pizzy trzeba było jeszcze dłużej poczekać. Rozejrzałem się więc w krainie stoisk z badzikami i innym asortymentem konwentowym, czego efektem są poniższe nabytki:
Nabyte przypinki anime, brakuje dwóch otrzymanych w prezencie,
które zapodziały się przy robieniu zdjęć.
Jak doskonale widać przypinki nie mające nic wspólnego z anime i fantastyką,
ale odmówić sobie nie mogłem, zwłaszcza że były to ostatnie.

Dalsza część soboty upłynęła głównie pod znakiem autografów i fantastyki. Zrezygnowałem tylko ze spotkania z Kossakowską i jej autografu (też nie mam teraz pojęcia co mnie wtedy zajęło), a poza tym zaliczyłem spotkania z Grzędowiczem, Kołodziejczakiem i Dukajem. Niestety Dukaj i Wegner byli w tym samym czasie, a że Wegner bywa na większości konwentów, a z nazwiskiem Dukaja w liście gości spotkałem się po raz pierwszy to wybrałem jego. Względem autografów zdobyłem podpis Dukaja, Kołodziejczaka, Mastertona i kolejny Wegnera. Ten trzeci dzięki dobrej duszy jednego z pyrkonowiczów. Na każdy dyżur autografowy przeznaczona była godzina, przezornie opuściłem prelekcję Kołodziejczaka 15 minut wcześniej by zająć dobre miejsce w kolejce do Mastertona lecz po wyjściu z sali oczom moim ukazała się kolejka ciągnąca się od stołu autora przez cały korytarz i jeszcze zakręcająca gdzieś pod koniec. Zrezygnowałem udając się na inną prelekcję, a po powrocie w to samo miejsce po godzinie na dyżur Dukaja zobaczyłem, że Masterton nadal tam siedzi, a kolejka nadal liczy sobie tyle samo osób, tyle że już innych. Jak wspomniałem dzięki jakiejś dobrej duszy, która obstawiła swoimi ludźmi obie kolejki (i do Mastertona i do Dukaja bowiem do niego kolejka też ładna się ustawiła) i tylko jednej książce do podpisu zdobyłem choć nie osobiście autograf Mastertona (dzięki Ci nieznany mi człowieku!). Najgorzej z tego wszystkiego miał chyba Wegner, bowiem w obliczu dwójki pozostałych nie wyklarowała się chyba żadna kolejka do niego i zwijał się już kiedy przebiłem się do niego z książką moją i pyrkonowicza, który trzymał w tym czasie kolejkę do Dukaja. I tym oto sposobem +3 do autografów:

















Jeszcze krótko o rozmowach z autorami. Krótko bo nie ma o czym opowiadać, trzeba było przyjść i posłuchać, bowiem były to zwykłe pogadanki i żadne ważne informacje tam nie padały, o których można by wspomnieć. Grzędowicza jak zawsze słucha się bardzo przyjemnie, rozmowa toczyła się głównie w okół ostatniego tomu PLO. Padło między innymi pytanie odnośnie zakończenia i powiedzieć wam mogę, iż dokładnie takie było od początku zaplanowane i autor niczego nie zmieniał choć wspomniał, że trochę je ułagodził. Dukaja niestety nie trawię, choć podczas spotkania wydał się człowiekiem sympatycznym to język jakim się posługuje w ogóle do mnie nie dociera, tym bardziej po nieprzespanej nocy. Tak czy inaczej to za wysokie progi na moje nogi. Natomiast spotkanie z Kołodziejczakiem było również bardzo sympatyczne choć ten autor wielką popularnością na Pyrkonie się nie cieszył. Raz, że mało ludzi przybyło po autografy, dwa że spotkanie z nim odbyło się nie na auli jak z innymi, a w zwykłej salce która w dodatku nawet się nie wypełniła. Rozmowa krążyła głównie w okół świata "Czarnego Horyzontu" (akurat jego zabrałem do podpisu) w którym osadzona jest ostatnia powieść Kołodziejczaka "Czerwona Mgła". To tyle w kwestii spotkań z autorami.

Autografy i spotkania to dopiero połowa konwentowej soboty, jednakże dalsza jej część była już znacznie luźniejsza, panel o najlepszych AMV i o One Piece uzupełnione łażeniem po stoiskach i graniem w planszówki i kilkoma urywanymi mniej interesującymi prelekcjami. Skończyliśmy o 2, zatem do 6 rano kiedy to był zaplanowany panel o Naruto można było spokojnie się przespać. Tym razem przezornie w ramach noclegu wybraliśmy własne torby jako poduszki i przytulny, ciepły i wyłożony dywanami korytarz jednego z konwentowych budynków (gdzie miało miejsce większość prelekcji) na sleeproom. Jak się okazuje nie byliśmy jedyni, być może nie każdemu chciało się wracać, być może inni również zrazili się zimnem w hali noclegowej, dlatego też korytarz okupowany był przez ludzi śpiących na podłodze, na znalezionych fotelach czy też na parapetach. Byle tylko wyrwać kilka godzin na sen i jazda dalej :)

Ostatni dzień upłynął już spokojnie, wspomniany wcześniej poranny panel o Naruto, konkurs wiedzy o SAO (zakończony jak przewidywaliśmy klapą), później miałem udać się na "O warunkach istnienia prawdy w świecie zmrożonej historii. (Nie)prawda w "Lodzie" Dukaja", ale uznałem że jest to ponad moje siły w obecnym stanie niewyspania. Ostatnią prelekcją było "Mechy i Anime" na której przedstawiono kilka anime z udziałem mechów, a także podjęta została próba stworzenia własnego anime tj. fabuła, bohaterowie etc. Wyszło komicznie i kto nie był niech żałuje, ale przytaczać naszego dzieła nie będę to nie miejsce na m&a. 

Potem już tylko szukanie się, pożegnania, zbieranie rzeczy i heja na pociąg, który tym razem dzięki wspaniałemu Pyrkonowi był za darmo! Każdy kto podróżował za pośrednictwem Przewozów Regionalnych po otrzymaniu specjalnego stempelka, mógł wrócić na tym samym bilecie o ile oczywiście trasa się zgadzała.

Podsumowując, Pyrkon jak zawsze dopisał, świetne towarzystwo, świetne atrakcje, wszystko ogółem na najwyższym poziomie. Jeśli tak dalej pójdzie ciekaw jestem czy hale Targów Poznańskich wystarczą może nie za rok ale chociażby już za dwa-trzy. Jedyne co nie dopisało to pogoda i choć niektórzy przyczepić by się mogli, że w tym roku było mniej interesujących prelekcji to dla mnie był to na swój sposób plus. Odrobina wytchnienia i trochę przerwy dużo dają, bowiem w zeszłym roku było to chaotyczne bieganie między salami bez chwili na odpoczynek czy posiłek. Ach no i minusem są sale, większość małych i dusznych kiedy zwali się tam dziki tłum, który siedzi gdzie popadnie, przydałyby się większe sale albo lepsza organizacja, chyba że co bardziej prawdopodobne wszystkie prelekcje są tak wypchane, a nie tylko akurat te na których byłem. Tak czy inaczej nie umywa się to na pewno do strasznych warunków panujących na Polconie we Wrocławiu gdzie sale były dwa razy bardziej wypchane i często gęsto źle dobrane względem popularności.

Zatem kto nie był ma czego żałować, gorąco zachęcam do zawitania do Poznania za rok, będę tam na pewno i nawet armageddon mnie nie powstrzyma (ale zwykłe chorubsko już pewnie tak :D). W planach mam i Polcon i Pyrkon i być może coś innego co się trafi po drodze, choć jeszcze nie wiem co to może być.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...